RECENZJE

Kristin Hersh
The Grotto

2003, 4AD 5.4

Głupio trochę napisać kilka zwykłych słów o tak niezwykłej kobiecie, jaką jest Kristin Hersh. Jeśli słyszeliście kiedyś jej pieśni, to wiecie, że są małymi, zamkniętymi nowelkami, pierwszoosobowymi opowiastkami, zwierzeniami z lęków i poszukiwania nadziei w beznadziejnych niekiedy okolicznościach. Osławione plotki o życiowych perypetiach artystki, w znacznym stopniu inspirujących zwłaszcza solową twórczość, były przez ostatnich dziesięć lat dla niezależnej publiczności tym, czym dla gospodyń domowych artykuliki w kolorowych magazynach poświęcone słynnym aktorom i modelkom. Wszyscy wypatrywali w gorączce najnowszych wieści o psychicznej kondycji Kristin, o passie uczuciowej i nastawieniu do świata. Aż trudno było się połapać w tych nieustannie zmiennych stanach ducha wokalistki. Pomagały w tym kolejne albumy firmowane własnym nazwiskiem, pełniące funkcję pamiętnika uwieczniającego subtelne metamorfozy.

Z tego, co się orientuję, ostatnio Hersh znów pogrążyła się w smutku, paraliżu, a jedyne co ją trzyma, to miłość do rodziny. "Powinnam była zachować te piosenki tylko dla siebie i męża", mówiła o wydanym w 1994 roku klasycznym debiucie Hips And Makers i być może miała rację, rozważając osobisty, kameralny wymiar materiału. Po bardziej optymistycznych, sukcesywnie pełniejszych Strange Angels, Sky Motel i Sunny Border Blue, przedzielonych zbiorem opracowań folkowych tematów Murder, Misery And Then Goodnight, Kristin znów przygotowała zestaw skrajnie oszczędnych, ascetycznych ballad i podejrzewam, iż za parę lat będzie miała prawo komentować je w podobny sposób. Wykonane przy akustycznej gitarze, z rzadka ubarwiane cichymi partiami pianina (Howie Gelb) i skrzypiec (Andrew Bird), ewokują nastrój na tyle intymny, że człowiek czuje się nieswojo ingerując w ich zawartość, a co dopiero krytykując.

Spróbujmy. Pewnikiem jest, że Hersh ulepiła swą postać zamyślonej dziewczyny z gitarą bardzo charyzmatycznie. Wpływ Hips And Makers na dziesiątki żalących się, filozofujących pesymistycznie panien-twórczyń nie podlega dyskusji. Choćby taka Chan Marshall, śmiem twierdzić, że zaczerpnęła stamtąd sporo elementów. Postać Hersh to coś niezapomnianego. I nie chodzi tylko o tę charakterystyczną, swędzącą uszy prawie-chrypkę. Ani o te słynne, spozierające odważnie, zielone oczęta. Ona ma w sobie dużo przyciągania, co powoduje, że skutecznie nasyca swoją osobą nominalną przestrzeń. Stąd koncepcja wyciągnięcia esencji w postaci głosu sprawdzała się w jej przypadku znakomicie. Ale na The Grotto mądra Kristin chudnie z kości na ości, zamienia kameralne na nocne, sięgając poniekąd wprost do rozebranego, nagiego brzmienia Hips And Makers. Jeśli nie rozbierając go jeszcze bardziej. I sam nie jestem pewien, czy była to dobra decyzja.

Waham się, bo na gruncie muzycznym mało się z The Grotto wynosi. Odbiór zależy głównie od współczynnika duchowej integracji z tą panią. Muzycznie, naprawdę, kilka uderzeń w struny, głos. Tekstowo za to, nieprzebrany wybór z szuflady pełnej pozapisywanych wielkimi literami, wyrwanych z szarego zeszyciku kartek. Omawianie poszczególnych fragmentów płyty od strony dźwięków mija się z celem. Ale parę zdań rzeczywiście zapada w pamięć. "You are good / You are kind / You are drunk all the time / But never drunk enough" śpiewa Hersh i łatwo zrozumieć do kogo, do swojego współmałżonka. "SRB", z chyba najładniejszą tu melodią, zawiera słowa "If I could grab your attention with my styrofoam rattle box", a w napiętnowanym podskórnym strachem "Silver Sun" słyszymy "Sometimes / I wish you were here". Wyobrażam sobie Kristin roztrząsającą poważne problemy po zapadnięciu zmroku, wpatrzoną w księżyc przy uchylonym oknie.

Gdy spoglądam na tył okładki The Real Ramona, największego dzieła Throwing Muses, widzę zdjęcie czwórki rozentuzjazmowanych dwudziestoparolatków. Dwie laski w środku: piękna brunetka i piękna blondynka. (Ta blondynka to Tanya Donelly, na oddzielną rozmowę.) Plaża, spienione fale. Wyglądają tak, jakby eksplodowali energią, pragnęli podzielenia się z innymi swoją pasją. Lecz zarówno The Grotto, jak i wydane równocześnie, podobnie solidne i zarazem przewidywalne self-titled Throwing Muses przedstawiają marazmiczny, nieprzyswajalny, hermetyczny wizerunek Kristin. Należałoby pewnie posłuchać tych wierszy odtwarzanych na żywo, siedząc kilka metrów od samej wykonawczyni, żeby w pełni docenić ich wartość. Ci, którzy mieli tę okazję, doznawali absolutu z powodu samego wzroku Kristin. Tylko, że ja mam The Grotto na kompakcie, po drugiej stronie Oceanu. Konkluzja "formuła się wyciera" każe więc przypomnieć o fundamentalnej zasadzie uniwersalnego songwritingu i pomimo mojej silnej więzi z przewybitną autorką nakłania do surowej oceny. Kristin, zaznaczam, podziwiam cię.

Borys Dejnarowicz    
11 sierpnia 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie