RECENZJE

Kraftwerk
Tour De France Soundtracks

2003, EMI 5.0

Właśnie wróciłem z roweru. Dziś był piękny wiosenny dzień, słońce przypiekało wybornie. Więc wpadłem na rewelacyjny pomysł. Znaczy, dla mnie on jest rewelacyjny, siłą rzeczy, bo sam na niego wpadłem. Heh. Dla was może taki nie być. Ale słuchajcie.

Ciekawe, że nadal w wielu cywilizowanych skądinąd kręgach uznaje się Kraftwerk za ledwie "ważny", z historycznego punktu widzenia, zespół. Kraftwerk: wiadomo. Klimacik. Ale co powiecie na to, że ci kolesie wynaleźli elektronikę. W znaczeniu takim, jakie dziś przyjmuje się powszechnie najchętniej, czyli elektronikę w muzyce rozrywkowej. Zasięg influencji Kraftwerk rozciąga się przez pola, pagórki i lasy, wybiegając hen daleko poza horyzont przeciętnego konsumenta popu. Industrial, techno, house, synth-pop, disco czy electro, wraz ze wszelkimi pokrewnymi odmianami, zwyczajnie nie istniałyby bez istotnego wkładu odważnych eksperymentatorów z Düsseldorfu. Te ludzkie roboty de facto doprowadziły do roszady afroamerykańskich i europejskich smaków, zastępując żywą, pulsującą perkusję mechanicznym bitem z maszyny. Trans-Europe Express i Computerwelt pozostają dwoma spośród najwspanialszych elektronicznych albumów kiedykolwiek nagranych. He? Oto wasz "klimacik".

Dlatego ten powrót jest ważny. Każdy słyszał pewnie o paralelnym hobby Hüttera: kolarstwie. Przejawiającym się zarówno biernie (fascynacja profesjonalnymi wyścigami), jak i czynnie (rekreacyjnie, "z korzyścią dla mojego zdrowia"). Szkoda jedynie, iż zaciekłe i regularne uprawianie tego sportu przez Ralfa zmusiło fanów grupy do siedemnastoletniego oczekiwania na jej nowy długogrający album. Onegdaj w 1983 Kraftwerk wypuścił nawet singla w hołdzie słynnej kolarskiej imprezie. "Tour De France" miał pilotować krążek Technopop, który niefortunnie nigdy się nie ukazał: premierę wpierw przesunięto, by następnie ostatecznie odwołać. Teraz, dwie dekady po fakcie, idea piosenki rozkwitła w postaci pełnosformatowanego dziełka. Tour De France Soundtracks to niby tylko powielenie dawnych i dawno przebrzmiałych patentów, skoro pozornie żaden tu element nie odbiega od ustalonej, precyzyjnie określonej estetyki formacji. Lecz warto dostrzec: tkwi tu także coś teraźniejszego, zwłaszcza produkcyjnie.

Po drobnym prologu, już zdradzającym przestrzenny, baśniowy sznyt reverbu (rzecz na porządku dziennym u wielu współcześnych klubowych mieszaczy), wkracza trzyczęściowa suita "Tour De France", podzielona na "etapy" (odniesień do wiadomej nomenklatury spotykamy multum). Wąski, stopniowo narastający motyw syntezatorka stanowi tło dla charakterystycznego, wysokiego temaciku para-smykowego. Cykające cykadła nakręcają zaś tempo, podczas gdy automatyczny voice cedzi z różnym natężeniem słowa w stylu "transmission television". Niespodziewanie, brzmi to bliżej bieżących standardów micro-house'owych (postawić radzę kultowych Niemców obok fińskiego Luomo dla dowodu), niż zamierzchłych, weterańskich, zakurzonych pre-elektroników. Mistrzowie doganiają własnych uczniów, esencjonalnie pozostając jednak sobą. Jest to lekkie, łatwe i przyjemne, aczkolwiek nosi znamiona typowego kraftwerkowego progresywizmu. Utwór ewoluuje fazami parkietowych głębokich mixów: od wyrazistej kliszy, przez zamgloną kąpiel w efektach, aż do wieńczącego serię, najeżonego atonalnymi wirażami "Chrono".

"Vitamin" inauguruje drugą połówkę płyty na ciężkim, metalicznym brzdęku, by żwawo odnaleźć tradycyjny vibe rodem z Kraftwerku lat 80-tych. Powiązane "Aero Dynamik" i "Titanium" eksploatują mizerny i nudnawy break zdecydowanie za długo. Na tym etapie formuła gadanych zdanek pod imitujące sukcesywny przejazd toru podkłady chudnie. "Elektro Kardiogramm" to zawodnik w przerwie od jazdy: słyszymy jego bicie serca i na tym rytmie zasadzono dość niestety mierną w wyrazie, zatrącającą zbytnim banałem impresję. Niemrawe plumkania konstytuują wreszcie wykrywalną melodyjkę w "La Forme", ale wciąż jest to na tyle unfocused i ciągnie się osiem minut, że jakoś umyka uwadze. Same for wypływający zeń "Régéneration" (wiecie, już po wyścigu, czas odpocząć), rodzaj ambientowego relaksu na koniec cyklu (indyjskiego). Całość zamyka wszak podstawowy mix "Tour De France", przyswajalny i popowy, piosenkowy i komercyjny, wsparty miarowymi oddechami, solidnie pędzący.

Podsumowanie będzie takie, że dla fanatyków unikalnego, natychmiast rozpoznawalnego feelu Kraftwerk, Tour De France odegra rolę "nie lada gratki". Bo i to kawał porządalskiej, archaizująco-futurystycznej elektroniki. Fajnie, by każden jeden prawie-sześćdziesięciolatek unikał tak sprawnie kompromitacji. Dobrze. Oczywiście możecie się nie zgodzić. To tylko chwilowy przypływ wspaniałomyślności po przesłuchaniu Soundtracks. Ale w ostateczności zabierzcie Tour w walkmenie na rower i przy odrobinie fantazji, zatopieni w para-komentatorskich monologach wokalnych wyobraźcie siebie w roli zawodowych kolarzy. I wybrałbym się z chęcią, oraz z czystego podziwu dla legendy, na zbliżający się koncert Kraftwerk w Sali Kongresowej, gdyby nie jeden kurwa szczególik. Ceny biletów. Człowieku który ustalałeś te ceny, tak, do ciebie mówię. Czy ty naprawdę jesteś chory na umyśle? Kto ci przyjdzie przy tak wygórowanych stawkach? Chyba że barczyści sympatycy tanecznej muzy z "Quo Vadis", w końcu mają dwa kroki.

A ty, wybierasz się wkrótce na rower?

Borys Dejnarowicz    
17 kwietnia 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie