RECENZJE

Kopernik
Kopernik

2003, Eastern Developments 6.7

Formację Kopernik tworzy dwóch muzyków znanych z kwartetu Sight-Seers – basista Tim Delaney i perkusista Brad Lewis. Uniezależniona sekcja rytmiczna kapeli z Atlanty przybrała postać różniącą się stylistycznie od tego, co prezentowała grupa macierzysta, odpowiadającą znacznie bardziej fascynatom laptopowej elektroniki, jednocześnie prezentującą dość niezwykłą, według standardów muzyki popularnej, formę ekspresji, w pewien sposób bliską zeszłorocznej odsłonie projektu FennO'Berg.

Kopernik to ośmioczęściowy orkiestralny poemat wyhaftowany z przelewających się, masywnych medytacyjnych scape'ów, wijących się wokół melancholijnych partii smyczkowych, ożywianych gwałtowniejszym drganiem kontrabasu. Za kompozycje odpowiedzialny jest Lewis, zainspirowany w równym stopniu klasycznymi symfoniami, jak klimatem dalekowschodniej kontemplacji, ujawniającym się wprost w orientalnych skalach i harmoniach. Staroindyjski polifoniczny melodramat "Man, Myth And Magic" czerpie z brzmienia egzotycznego, stapiając sitar, hinduski trans i schowane w głębszej warstwie opętańcze obiegi syntetycznego basu z inspirowanym być może ostatnią częścią III Symfonii Góreckiego przepięknym, chyboczącym transcendentalnym lamentem. Nie wykluczone, że nadużywam porównania do wiekopomnego dzieła Henryka Mikołaja, ale kilka konkretnych ekscerptów budzi takie skojarzenia. Szemrzący podkład "Ondoyant Et Drivers" przypomina wprowadzenie trzeciego aktu, a progresja "Theme For Grace" sopran z tegoż fragmentu. Gdyby notka na okładce nie odsyłała do innego utworu podobnie wypowiadałbym się odnośnie monumentalnego "The Sea And The Marsh Are One".

Powyższy kończy kilkunastominutową suitę rozpoczynającą się od "Ava, Peacefully", dramaturgią naśladującą narrację niczym z instrumentalnej mini-opery, żeby później przerodzić się w mniej porywający epicki krajobraz – ilustracyjny, soundtrackowy wręcz w swoim charakterze, ale odległy od amerykańskiego czy europejskiego popularnego filmu. "Koperistan" oddaje atmosferę heroicznej dostojności i religijności, zasługując przy tym raczej na konotacje z Upaniszadami niż tworami hollywoodzkimi. Aczkolwiek w przypadku podniosłych chorałów we wspomnianym zakończeniu całej opowieści należy uznać, że fantazja nieco poniosła Lewisa, bo patos, majestat i posągowość nie wydają się być zupełnie uzasadnione na Koperniku. Bardziej trafiają do mnie rozlewające ciepło w organizmie, delikatne akustyczne pasaże "Faraday (Goodnight)" i etniczna mistyka "Found Photograph".

Jest coś fascynującego w poważce preparowanej komputerowo. Cyfrowy posmak przejawiający się nie tylko w sferze produkcyjnej, ale również konkretnych rozwiązaniach wzbogacających aranżacje (inteligentnie wplecione, ledwo zauważalne kameralne blipy i szumy), odejmuje orkiestrze niepotrzebnego nadęcia, przydając zarazem subtelności, a nawet tajemniczości. I chociaż płytka Lewisa i Delaneya nie zalicza się do najbardziej enigmatycznych pozycji (piję tu do wydawnictw w rodzaju Confield czy Geogaddi), jej poziom na pewno nie odstaje specjalnie od najciekawszych osiągnięć symfonicznej elektroniki.

Michał Zagroba    
25 października 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie