RECENZJE

Kobiety
Mutanty

2011, Thin Man Records 5.5

Oceny czwartego albumu formacji Grzegorza Nawrockiego zatytułowanego Mutanty dokonano na podstawie badań własnych przeprowadzonych na przełomie października i listopada 2011r. Badaniu poddano grupę 11 piosenek o łącznej długości nieco przekraczającej towarzyszący odsłuchowi poziom satysfakcji. Piosenki badane porównano z grupą kontrolną 35 piosenek zawartych na pozostałych trzech wydawnictwach wspomnianej grupy, a otrzymane wyniki odniesiono do całej populacji muzycznej. W badaniu posłużono się stosowaną powszechnie wśród recenzentów oceną jakościową oraz autorską baterią testów do pomiaru potencjału poruszania uszu. Analiza czynnikowa pozwoliła wyodrębnić kilka wymiarów oceny, które odzwierciedlają następujące Podskale:

1. Czynienie zdumienia – czyli zdolność do wprowadzenia w osłupienie tępo spoglądającego słuchacza, któremu nagle wali się pod nogami bezpieczny grunt rozpoznawanych gatunków i stylizacji. Wysoki wynik w tej podskali pozwala wysnuć wniosek, że jest to bodaj najmocniejsza strona zespołu i nie sposób jej pominąć analizując najnowszy krążek. Sztandarowy przykład - piosenka "Miłość To Mit" otwierana przez niefrasobliwe przekomarzanie się pianina i puzonu, sadzająca nas na wygrzanych krzesełkach widowni przeglądu piosenki kabaretowej i w ciągu ułamka sekundy przenosząca się na wiejską dyskotekę. Pełne wyrzutu "nigdy nikogo jeszcze nie kochałeś/ strzelałeś do kotów i psów" kwalifikuje się do cytowania potomnym.

2. Wymuskanie – drugą cechą wysuwającą się na prowadzenie w odbiorze albumu jest dbałość o bycie ładnym i gładkim, innymi słowy – wymuskanym. Już od pierwszych nutek "We Are The Mutants" wiadomo, że nie zabraknie nam ślicznych chórków i landrynkowych muśnięć wibrafonu, a finał piosenki zwieńczą nieco patetyczne smyczki (Owen Palett klepie po plecach). Dalsze piosenki to konsekwentna realizacja reguły słodyczy – w okolicach "Błyskawic" syntezator, gwizdanie i irytujące więcej-nic powodują przesyt, chce się zagryźć czymś słonym. Na szczęście Marta Handschke przynosi "czerwone wino gorące/ goździkiem pachnące" i w "Zimowych Malinach" przebija się przez błyszczące opakowanie płyty, rozgrzewając nas do czerwoności i subtelnie ulatując.

3. Bajkofilia – to wymiar określający przydatność w tworzeniu soundtracków do wieczorynek. Mandolina Tymańskiego, flet w tle i plemienne przyśpiewki w refrenie "Guru" to zdecydowanie bardziej dżungla niż człuchowskie lasy, jednak trudno pozbyć się poczucia nierozwiązanego konfliktu – Timon i Pumba, czy może Pocahontas? Dysonans potęguje zgoła odmienny klimat poprzedzającej piosenki "Deadman", przy której każdy szpieg chciałby przemykać kanałami, a morderca zlizywać krew ze sztyletu. To przeciwieństwo na skali bajkofilii doskonale budowane jest przez mroczne pogwizdywanie oraz finałową improwizację na saksofonie i kontrabasie.

4. Karpiowatość – podskala wykazująca przynależność do trójkowej grupy Przyjaciół Karpia. Lovesong na pianino i gitarę "Łajka" oraz sąsiadujący z nią przebój na składankę z szantami "Nowy Wspaniały Świat" kojarzą się z radiowym grudniem. Wznoszące się słowa refrenu: "kosmos, kosmos" aż się proszą o podpalenie zimnych ogni, a "nowy, wspaniały ląd" płata figle percepcji, która odbiera go jako "nowy, wspaniały rok".

5. Zachwytogenność – ściśle powiązana z przemycaną energią oraz sugestywnością songwritingu. Gdy słyszę wyszyte na płótnie melancholijnych gitar i eleganckiej sekcji rytmicznej "jaki piękny dzisiaj dzień/ puste ulice, przejdźmy się", zakładam ciepły sweter i wychodzę na jesienny spacer. Częstochowskie rymy nie przysłaniają uroku kompozycji, zwłaszcza delikatnie psychodelicznego finału z przytłumionym głosem i syrenami. Impresje obijają się nawet o "Life In a Glass House". Jest też na płycie moment, w którym wierzę w kłamstwa Kobiet, bo kłamią naprawdę pięknie zamykając piąty utwór kolażem głosów i trąbki.

Po dokonaniu szczegółowej analizy materiału dźwiękowego, danych z własnego odbioru piosenek badanych oraz odniesieniu wyników do poprzeczki postawionej przez sam zespół nie sposób powstrzymać tęsknoty za tym, co minęło. Kobiety z przeszłością to nie to samo co Kobiety z przeszłości. Niegdyś autentyczne, teraz afektowane. Niegdyś psychodeliczne, teraz dopieszczone. Niegdyś tajemnicze, teraz po prostu przekombinowane. Chyba zapomniały na dobre o romansie z Marcello Mastroiannim.

Monika Riegel    
12 listopada 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja