RECENZJE

Kobiety
Kobiety

2000, Biodro 7.9

No i się nam scena niezależna rozrasta. Potężnieje. Jak miło posłuchać solidnej, ambitnej i artystowskiej płyty rockowej, a następnie stwierdzić, że jest to polska płyta. Scena trójmiejska, bo tak zwykło się określać ten tygiel wokół wytwórni Biodro, jest dziś krajowym liderem wszelkich odważnych posunięć w ramach alternatywnego grania. Był Czan i na razie go nie ma, choć kto wie? Ale są za to Kobiety – sekcja rytmiczna Czanu, urocze dziewczę na basie i mikrofonie oraz gościnnie śmietanka wykonawców działających niedaleko Tymona Tymańskiego – Maciek Cieślak ze Ścianki czy Mikołaj Trzaska z Miłości.

Kobiety (Anna Lasocka, Grzesiek Nawrocki, Przemek Momot) grają coś, co nazwałbym delikatną psychodelią. Pierwsze skojarzenie? Sonic Youth. Posłuchajcie tylko tajemniczego "Notre Lune" z francuską melodeklamacją Lasockiej o tym, że zmniejsza się grawitacja z każdym rokiem. Przecież to słynne "Quatre centimetres" brzmi jak wyjęte z któregoś z późniejszych utworów nowojorskiej formacji. W ogóle Lasocka jest taką naszą skromną Kim Gordon. Albo "Czwarta Wiosna"? Tym razem snujące się leniwie gitary przywołują na myśl, dajmy na to, A Thousand Leaves. Wiele innych kawałków Kobiet też nawiązuje do kapeli Moore'a, choćby ze względu na przeplatające się głosy żeński i męski (Nawrocki). Ale to nie jest żaden zarzut! Bardzo dobrze, oby tak dalej!

Singiel "Marcello", który rozsławił grupę na antenach radiowych, jest chyba pierwszą polską definicją "indie-popu", że tak powiem z angielska. Chwytliwy motyw przewodni, świetna instrumentacja (pulsujące organy, gitara w tle) oraz tekst traktujący o codziennej pustce w życiu młodych ludzi – tego było nam trzeba. No i nareszcie to mamy. Manifest niezależności bardziej przekonujący od stu rapowanych opowieści o blokowiskach. "Marcello" otrzymujemy na płycie w dwóch wersjach, krótszej i dłuższej. Nawet na okładce jest napisane "Tu jest Marcello". No tak, numer otworzył im drzwi do wielkiej kariery.

Do najlepszych akcentów tego albumu należą dwa moje ulubione tu fragmenty. "Nad Antenami" to wielowątkowy utwór, od nerwowych interwencji saksofonu, przez niebiańskie jęki Ani z pogłosem na tle ślicznej melodyjki, aż do inteligentnego zwieńczenia. Natomiast "Z Mieszkania Nade Mną" to już popis samej Lasockiej, która kilkoma prostymi słowami wywołuje długotrwałe mrówki na plecach. "Z mieszkania nade mną / Dochodzi wibrujący dźwięk / To brzmi jak warkot niewielkiego helikoptera". Już wiem, dlaczego nie lubią jej głosu dziewczyny, zwłaszcza te, które niegdyś próbowały swych sił jako wokalistki. Po prostu jej zazdroszczą. I tyle.

Tylko czasem robi się ostrzej. Jak w "Toshiro Pirania", gdzie gitary atakują zajadle z wszystkich stron. Jak w eksperymentalnym "Ledwo Mówię", gdzie właściwie nie ma tradycyjnie pojętej melodii, są za to kakofoniczne wyładowania wszystkich instrumentów. Ale dominują klimaty spokojne, senne wręcz. W "Rzece Jak Diament" Nawrocki przyznaje nawet: "Ja śnię". A kulminacją tej marzycielskiej atmosfery są zamykające całość, statyczne, poetyckie "Słonie I Rumaki".

Jeśli dodam jeszcze do tych peanów surrealistyczne teksty, które wybijają się na tle wszechobecnej u nas szarzyzny, to wynik może być tylko jeden: niezwykle interesujący debiut, obiecujący wiele na przyszłość. Swoją drogą, ciekawe, co zaproponują nam na kolejnych płytach.

Borys Dejnarowicz    
3 listopada 2001
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie