RECENZJE

Kobiety
Amnestia

2007, Biodro 6.0

Kiedy jeden z trzech podpisanych rodzimych bandów wydaje nowość, oczekujesz. Myślisz sobie, że wymiecie. Racjonalizujesz średniość umyspace'owionych półsingli i żywisz nadzieję, zwieńczoną zazwyczaj osobistą porażką i wymagającym upicia zawodem. Amnestia jednak bywa lepszą od Pozwól i słabszą od s/t, co niesie serca radość i wiarę w ludzi, bo co najmniej trafia w oczekiwania. Tak, Kobiety utratę Anny Lasockiej kompensują globalną produkcją samego Piotra Pawlaka, morderczym barytonowaniem Mateusza Pospieszalskiego na instrumencie dętym czy nawet eks-członkami (gender, hej) płci żeńskiej innych składów, więc usłyszymy tu niewiele Trupów, Ocziów czy wiodącego polskiego postrockowego zespołu o mrocznej nazwie i niejasnych inspiracjach. Należy też mieć świadomość, że fizyczna reprezentacja Neli Gzowskiej to ścisłe Top 1 rodzimych basistek. Sam widziałem.

Podówczas, gdy nadmorskie knajpy przeżywały oblężenie metropolitalnych turystek i twardzieli odpalających swoje full flavour z miękkiej paczki wyschniętymi zapałkami, przy newsach z życia publicznego jednego z rodaków, Ministra Edukacji, który akurat piastuje taki a nie inny urząd, emitowanych telewizorem zawieszonym nad barem; kiedy na parkietach działo się jak zwykle, z zastrzeżeniem, że nieletnich zamyka się raczej na koloniach albo już ich nie ma po prostu, kto może przesiada się na rower, gubi go w przerwach między kolejnymi popijawami ze znajomymi lub przypadkowo poznanymi dziewczętami z innych miast, wraca do pustego domu nocnym autobusem, żeby udowodnic sobie, nie wiadomo komu potrzebną, wyższość nad użytkownikami usług taksówkarzy; w porze szpilek, naprężonych łydek, zwliżonych ust i wzmorzonej aktywności działań mających na celu podniesienie poziomu kilku naładowanych tlenem substancji w organiźmie ułatwiającej wypad z towarzyskiej ekliptyki, czy to przez wódkę, czy szkodliwe flashbacki organicznej przemocy lub dowolnej wyrwy w rodzinie, Amnestia otarła się tylko o "jest 20:27, a za oknem 30 Celsjusza, co chodzi", a elektro perkusja zastąpiła znane tu i ówdzie wydłużane talerze.

Zawiera też w tytułowym breedersowy motyw na strunach, który skądś znam, tylko akurat nie pamiętam gdzie, a piosenkowość A. Rosiewicza nie po raz pierwszy spotkała avant-nowojorski upgrade. Bywa nierówno i sympatycznie; "Pif Paf" - wydaje się, że słabe, ale małosyrenkowe cymbałki i tropikalny wstrzyk co refren nie dają się nie lubić, pomagając uśredniać urlopowo-dansingowy "indie-pop" prezentowany. Jak niedoszły noir "Amor Amor", quasi-Buńuelowski, otwierającego całą rzeźnię. I kontynuujący "Pink Pigułka", wieczorek zapoznawczy dla fetyszystów, cyników, pragmatystów i fanów tańczenia, post-Cure'owo, wakacyjnym pamfletem na kuchenną farmaceutykę, równoległobokiem o przekątnych krótszych niż twoje standardowe 4/4. Sprawdza się, jak na zamknięty w pudełku po butach dance-punk, w którym zarówno Marta Handschke znana skądinąd. A na digipacku pielęgniarki i małpy, podpycające endurację albumu niwecząc potrzebę zagranicznych wycieczek przy okazji.

Mateusz Jędras    
16 lipca 2007
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie