RECENZJE

KNOWER
Let Go

2013, self-released 8.3

KBM: I understand culture, rzecze Kanye. Kto go wie, bo nie ja, Knower-Fantasta. Co ustalono: od zrozumienia do wypowiedzenia tego, co się wie, droga daleka. Powiedzieć wszystko – dzieło życia, do którego dochodzi się wiele lat. I tak dalej.

Mamy więc oficjalnie dwójkę ludzi, którzy dotarli do ostatniej strony www i wraz z Let Go dają świadectwo drogi prowadzącej ku tym rzekomo granicznym zakamarkom wiedzy. Kierunki znaliśmy, w zasadzie. Podążali nimi choćby J*DaVeY i Yasutaka Nakata. Zdaje się jednak, że nikt do tej pory nie zestawił ich na jednym planie równie gęsto i logicznie. Taka sytuacja: otrzymując końcowy rezultat dziwimy się, że nikt nie wpadł na to wcześniej. Paradoksalna trajektoria strzały Let Go, która – nigdy nie lecąc – trafia w środek nieznanych dotąd metod kompozytowania, okazuje się najzupełniej prosta, a składają się na nią wystudiowane punctorum: kauczukowy bruit-funk "What's In Your Heart"; hopsztosy trekkingowych szpilek Janet Jackson tamże, do tego Matthewdavid chce być Brianem Wilsonem trzeciego planu miksu, co jest rozkoszne (tak jak Timeless to świetna płyta – tylko po co ten drum'n'bass?); zajeb-hedonia trance'owego beatu w "Time Traveler", od którego nie ma ucieczki; wślizg syreny zamontowanej w Post-Everything Pop Hispano-Suizie J12 (bo jak to inaczej nazwać?) – taki sobie mostek na 1:03 na wzZzzźźi–i-i–-– – i nie ma już więcej, że błękit policyjnych lamp; po którym détournement akordów, pewnie dość się naczytaliście; électro rapide wypikane 'labowym frazowaniem w kompozycji tytułowej; niesnaski duke'owych klawiatur rżniętych en peu z harmonicznymi glossami do Bird and the Bee też tam, a i rola Cole'a Perkusyjnego Fosforatu mistrzowska i nie do odegrania; jakby tego było mało – nieludzki zupełnie, ziejący dźwiękowym czym się da astroblem "Dreaming On Forever".

Nie wiem – echosondy zarzucone może nawet w zatokach shoegaze'u, co nie byłoby pozbawione sensu zważywszy na fakt, że mogą po nich dryfować kawałki Julee Cruise; wszystkie linki sążnistego space-disco etc., śmiech wymieniać. Ale to, co zaczyna się na wysokości 1:10: Ligeti wjeżdża na rakamakafon LD-04 z magazynkiem I.C.U. (szklista gotycka fakturka), boss ssie sok i w ciągu 20 sekund znika Rudowęglowiec Dapstep-Ibuprom, po czym wraca refren i jest tak pięknie z marzycielską barwą głosu Genevieve na ścianach syntezatorów. Półminutowy mental anschluss rozpadającej się kompozycji na koniec, interludium-heimatklange "Before" (bez huków i ładne), "Something More". Czyli tak: na dotkniętej echolalią stopie Druma Kina via Annie gotuje od 1:34 podkład, który przed rafinacją mógł być tematem na skrzypce, ale znowu nie dołączyli partytury; hurraoptymistyczna i błyskawicznie wpadająca w ucho melodia refrenu zaś, mniej więcej od połowy długości utworu do jego końca, ulega pięknej acid-rąbance, jest szmirglowana przez klaksony, nicowana i klecona na nowo, by ostatecznie rozpłynąć się w obmyślanych jako galaktyczne i natchnione pasażach organów. A siódmy na indeksie Vikram nie konkuruje może jeszcze z RZA, lecz przy wsparciu ze strony chorego jak zwykle na abstrakcyjne zestawienia rytmów Louisa spisuje się dużo lepiej niż, dajmy na to, goście nowego albumu Jet Age of Tomorrow. Proste? Proste. Pewnie nie powiedziałam wszystkiego, ale jakieś rozeznanie w drodze do poznania macie. Powodzenia!

KFB: Nie wiem czy w połowie 2013 roku dysponujemy już takimi kategoriami opisu, takim aparatem pojęciowym, który byłby w stanie choć w części przybliżyć co się wyrabia na tym albumie. Powtórzyć za Frankiem Oceanem "this is some visionary shit" to wciąż jakby nie powiedzieć nic, a jednak jakoś mi to pasuje. To ja spróbuję tak: Let Go to chora wizja przepakowanego detalami popu przyszłości, który ciężko do czegoś bezpośrednio odnieść. Jedyne wyjście to tworzyć jakieś wydumane hipotetyczne hybrydy, ale co mi tam! Krzesimir Dębski, Yasutaka Nakata, Janet Jackson, Scritti Politti i Skrillex – oni na pewno musieliby się znaleźć razem na pokładzie kosmicznej kapsuły KNOWER wysłanej w przyszłość z misją ratowania popu. 

Jeśli okroić ten materiał z ostatniego remixu i poprzedzającego go eksperymentalnego wałka utrzymanego w zupełnie innym klimacie, to wyjdzie nam niespełna dwadzieścia minut najbardziej imponującej electropopowej młócki od dawna. Zacznę od tego, co podoba mi się najbardziej, a są to momenty, w których kosztem eksperymentów stawiają na przebojowość, chociaż oczywiście nie jest to taka "przebojowość" do jakiej przyzwyczaiła nas planeta Ziemia. Najlepiej pod tym względem dzieje się w "Something More", które od startu do mety odsadza całą tegoroczną konkurencję w popie. Niesamowity to utwór – melodia wokalu Genevieve Artadi jest po prostu obezwładniająca i idealnie uzupełnia tę wielowątkową, zdrowo POKURWIONĄ kompozycję. Przy takich nagraniach będą baunsować nasze wnuki, nie mam co do tego żadnych wątpliwości. I ten kierunek, który umownie nazwałem sobie "Scritti/Dębski", podoba mi się zdecydowanie najbardziej, zaraz za nim jest ten bardziej jacksonowski, którego zalążki słychać w "Let Go" (coś gdzieś wspominali o inspiracjach r&b/funkiem i "dorabiając ideologię" powiedzmy, że to brzmi jak coś inspirowanego Rhythm Nation. Powiedzmy). Cała reszta też znakomita, chociaż łyżką dziegciu w tej beczce miodu są dla mnie chwilami te "skrillexowe odpały" Louisa Cole'a. A może inaczej – po prostu nie jestem w stanie za tym nadążyć, co uczciwie z tego miejsca przyznaję. Tym niemniej nie mam najmniejszych wątpliwości, że na naszych oczach rodzi się właśnie naprawdę WIELKIE GRANIE.

MJ: Premiera Let Go oznacza wiele rzeczy, o których się dzisiaj dowiecie od kolegów z Porcys, ale przede wszystkim funduje kolejny, być może największy dotąd, punkt rehabilitacji EDM-u. Okazuje się bowiem, że tworzona zwyczajowo przez sowicie opłacanych wodzirejów-abderytów muzyka dla podskakujących tysięcy ludzi w jednym pomieszczeniu naraz spokojnie może być środkiem do takiego wizjonerstwa, że brokat opada. Miarkujcie: korzystam z protekcjonalnego tonu nie po to, by pokazać jakim bucem jestem, albowiem nikomu takie akcje nie służą. Po prostu nagle środki służące do stymulowania majaczących na stadionach-parkietach niegdyś Europy, a dziś także obu Ameryk “imprezowiczów”, po przepuszczeniu przez obsesję majsterkowania niby to wprost z umysłu Maxa Tundry, owocują pewnie najbardziej modernistyczną w swoim kręgosłupie wizją od czasów Ariela Pinka. Tylko że hauntologiczny pop to strzałka w lewo na osi, a Knower spokojnie może sobie lecieć w kantynie z Mass Effect 4. Nie czułem się tak od “Galang” i nawet czający się pod łóżkiem Skrillex tego nie zabierze.

BD: Na początku był błogi szok. Obezwładniająca seria ciosów, po których ciężko się podnieść. Najbardziej futurystyczna popowa płytka, jaką napotkałem; "prawdziwa" przyszłość nareszcie nadeszła; "usłyszałem internet" z jego symultanicznym dzianiem się tryliarda procesów i poznałem komercyjną playlistę z 2047 roku. Tempo akcji było przegięte, zdolności percepcyjne postawione w stan najwyższej gotowości, a domek-z-kart-owe konstrukcje dezorientujące. Byłem wstrząśnięty (analogia Wojtka z diabelskim młynem całkiem trafna: "można doznać, ale można też się porzygać") i myślałem sobie "okurwa, okurwa, <ściana>, Nakata to przy tym slo core, a J*Davey niewinne igraszki". Słowem, czułem się rozedrgany jak jak jak Jerry Jerry Jerry kiedy kiedy kiedy Tom Tom Tom go go go pierdolnie pierdolnie pierdolnie łopatą łopatą łopatą po po po ryju ryju ryju. Musiałem wymienić bezpieczniki, musiałem zewrzeć szyki. Przecież same tytuły wałków prowokowały do wiekopomnych metafor. "Dreaming on Forever"? "Time Traveler"?

Po ochłonięciu i krótkim riserczu wyszło na jaw, że to są cierpiące na przerost talentu "dzieci sieci", które najprawdopodobniej (brawo Mati) "żyją z JUTUBA" (JUTUB niemal równie śmieszny co CHOMICHUJ, btw ciekawe czy da się wyżyć z CHOMICHUJA) dzięki takim populistycznym popisówkom, jak covery Jacko, Rihanny i "Get Lucky", właściwie pisane na nowo, jak na kreatywne przeróbki przystało ("nowe" ciążenia w refrenie "PYT" <3). Ich obadany via Spoti longplay sprzed dwóch lat też nie wyjaśniał zagadki, bo wikłał się w sidemeński weird-jazz-cośtam-pop dla freaków (praktycznie zero dance'u, mało elektroniki, synthów), uwodzący abstrakcyjnością, dziwactwem, no i trademarkowym zamiłowaniem do chorych chord changes (vide "All I Want To"), niczym poboczny projekt Thundercata i Bird/Bee, ale jak na mój gust trochę mało wyrazisty. Odrobinę "zgięły" mnie też creative-PR-owskie metody komunikacji z odbiorcą, bo nie trawię postów typu "A lot of work went into this one, so if you like it, please share it, it would mean a lot" (ale to na dłuższą rozkminę). No co, Karola "nie powiedziała wszystkiego", to ja próbuję. Oh well.

Dopiero gdy w spokoju rozebrałem na części materiał ze stanowiącego rodzaj frapującego kwantowego przejścia nie tylko dla duetu Cole/Artadi, ale i dla całej bieżącej muzyki rozrywkowej minialbumu Let Go, skumałem, jakie reakcje tu właściwie zaszły. Otóż jak słusznie zauważył nasz rednacz, to są po prostu jazz/sophisti-popowe brylanty, na których jednak dokonano trzech drastycznych operacji. Po pierwsze dwukrotnie je przyśpieszono, po drugie ubrano w błyszczące klawiszowe pady i syntezatorowe arpeggiatory, a po trzecie rozjechano na pół cholernie agresywnymi bitami rodem ze Skrillexa, który notabene jest najzabawniejszą postacią w muzyce na dziś, bo nawet nie ma na koncie długograja i chyba mało kto wymieniłby z pamięci 5 tytułów jego kawałków, ale wszyscy wiemy, jak gościu brzmi (nawet niekoniecznie świadomie, ekhm, widzowie Spring Breakers), więc fejm się zgadza. Patent w miarę ogarnialny, tyle, że na tej bazie udało im się wygenerować niesamowicie przekonujący hologram euforycznej radości. Na przykład najprostszy (ale najskuteczniejszy) w zestawie "Something More" brzmi jak wydestylowanie czystego pragnienia życia ze świadomości młodej imprezowiczki "cieszącej się życiem", a na dodatek kończy się chorą kulminacją, którą chyba tylko niejaki Szymon L. mógłby obecnie przeskoczyć (sekwencja od 4:07: "ale nie, ale nie, ale nie…").

Gdzie indziej tytułowy track przetyka bodaj najprzyjemniejsze akademickie (czytaj: posrane do kwadratu) harmonie od czasu debiutu Jurksztowicz porwaną dynamiką spod znaku D-Plan (rykoszetem od Prince'a, oczywiście), wspomniane "Time Traveler" sra się samym sobą z wrażenia jak nasza redakcja (nie, ale posłuchajcie: to rzadki przypadek numeru, który jest *sobą* podekscytowany genialne..), wspomniane "Dreaming on Forever" to "skupia się jak płaszczka", to "liże i gryzie" (nie zapomnę nigdy), a spinające całość klamrą obie wersje "What's In Your Heart" aktualizują o brakującą dekadę adhd-maksymalizm Kish Kash. Zaś wszystko to ewokuje późnego, zapierdalającego po autostradzie Maxa Tundrę (momentami dałbym wiarę, że, parafrazując Wojtka cytującego Wiki, "Ben Jacobs, 'out of print and broke', was on the payroll, helping with the script"). Ambientowe interludia (indeksowany bądź nie) lepią się do piosenek jak gała do nogi Ozila, a hip hopowe akcenty Vikrama w "Spotlight" przypominają nawijkę nadawaną z innej planety, z pewnym opóźnieniem, którego już niestety nasze pokolenie nie dożyje. Cóż, widzę, że w 2013 życie nie zwalnia. "Może łykną posty sponsorowane?" Może. Ale until then, it "feels like a dream, except you're wide awake".

Karolina Miszczak     Mateusz Jędras     Kacper Bartosiak     Borys Dejnarowicz    
15 czerwca 2013
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja