RECENZJE

Knife
Silent Shout

2006, Rabid 7.2

Nazwa Knife stała się znana szerszej publiczności wraz z ukazaniem się genialnego "Heartbeats", o którym pisaliśmy w podsumowaniu najlepszych singli półdekady. Swoją drogą – sprawdziła się ówczesna teza Borysa o prymacie hook'u nad retro-otoczką w tym numerze. W swojej "reklamowej", akustycznej wersji udowodnił to Jose Gonzales. Płynący z głośników telewizora cover sprawił, że o Knife stało się jeszcze głośniej. Wydanie nowego albumu było już zatem wydarzeniem oczekiwanym. Silent Shout zawodzi oczekiwania.

Płytę otwiera prosta basowa figura. Zajęci oczekiwaniem na soczysty hook, nie dostrzegamy jej pięknego, głębokiego brzmienia. Dochodzi potężny kick, pocięte klawisze. My wciąż z wypiekami na twarzy czekamy na swoje. Jest wokal, myślimy – no, to teraz się zacznie! Nie zaczyna się, mija zwrotka, refrenu nie będzie. Coś w nas się burzy – gdzie się podział pop?! Do dupy to nowe Knife! Ale hola hola, jak mawiają Hiszpanie, nie tak szybko.

Silent Shout zawodzi oczekiwania tych, którzy liczyli na kontynuację tęczowego kierunku "Heartbeats". Proponuje natomiast coś, nie wiem czy lepszego, ale także znakomitego. Kluczem do całej płyty jest jej mroczny klimat. Jemu rodzeństwo Dreijerów jest gotowe poświęcić inne muzyczne komponenty całości. Nie oznacza to braku hooków, będą one jednak zawodnikiem drugiej linii. Nie widać także po rodzeństwie zbytnich sentymentów względem formy piosenkowej (choć z wyjątkami, np. "Marble House"), utwory rozwijają się przeważnie według jakiejś własnej, dowolnej logiki. Stylistycznie, synth-pop został zamieniony na, powiedzmy, electro. Zresztą Knife przyznają w wywiadach, że zmiana ta była świadoma i nowa płyta jest bliższa temu, co "w sercu gra". A jako inspirację, podają Doom'a i Mulholland Drive.

Ogromną rolę w niepsuciu klimatu albumu odgrywają wokale Karin. Napisano już o tym zresztą wiele, co będę gadał... Ciekawostka – "męskie" partie to także głos Karin, tyle że komputerowo obniżony. Kurcze, jest problem z tą płytą i z jej nieuchwytnym pięknem. Od trzech dni próbuję tę recenzję napisać i nie potrafię. No nijak tej płyty od strony muzycznej podejść nie mogę, niesymetryczna jakaś jest. Bas udaje perkusję, rytmy wypadają w miejscu melodii, melodie w miejscu harmonii. Z nudów i irytacji ocenę mam ochotę obniżać, więc pora chyba kończyć. Warto wejść w świat Silent Shout samemu i rozglądnąć się jak to naprawdę wygląda.

Piotr Piechota    
10 sierpnia 2006
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy