RECENZJE

Kixnare
Red

2013, U Know Me 6.7

Poza niewątpliwym talentem, do Kixnare’a przekonuje narracja o zwykłym gościu, zapaleńcu od bitów, ogarniającym sceny szerzej niż zwykło się to przypisywać polskiemu środowisku hip-hopowemu, które w pewnym momencie przestaje mieścić jego zainteresowania. Zarzuty ciasnoty i opieszałości, które Kix miał do przedstawicieli hip-hopu, wsparły jego chęć indywidualnych poszukiwań newbeatowych rozwiązań, z rezultatem niekoniecznie nadającym się na podkład pod nawijki. A mimo to, nadal w większej mierze obecny jest w kontekście dawnych sojuszów, które wiążą go na zasadzie przynależności poprzez poczet zasług dla podziemia i stale pielęgnowany przez media topos autentyzmu. Biorąc natomiast za punkt odniesienia nawet samo U Know Me, Kixnare nie jest znów największym eksperymentatorem, co potwierdzają nagrania Teielte i En2ak, z kolei odbiór "Gucci Dough", również za granicą, winduje go na poziom popularności niedostępny dla kolegów. Ciekawa sprawa. Ziomale nie cenią go za pierwszy z tegorocznych singli, trzymających rękę na pulsie Digital Garden i Red nie miały szans zaskoczyć, a wielu z tych, którzy Łukasza Maszczyńskiego słuchają w 2013, mogło w ogóle nie mieć okazji poznać Najebawszy (EP).

Spora w tym wszystkim rola polityki wydawniczej wytwórni. Spójną wizję U Know Me na wielu frontach widać gołym okiem. Z zamierzenia nastawia się na eksport i angażuje grafików z branży. Hasło "We want to keep the vinyl alive" tylko łechce co bardziej zorientowanych na idealizowanie tego nośnika. W takim wymiarze Kixnare, jeden z pierwszych tu wydanych i szeroko komentowany, to ukochane dziecko. Pasuje starym i nowym. Truskulowcom i formalistom. Chociaż konsekwentnie odcina balast muzycznego fetyszyzmu i przyznaje, że nie robi mu różnicy tworzenie na domowym sprzęcie, automatycznie uświęca autentyzm. Powołuje się na Q-Tipa, ale też na Prefuse 73 i Flying Lotusa – podobnie jak Ellison zajmuje się didżejowaniem. Jest klubowy i międzynarodowy. Ten cross-fieldowy amalgamat bazuje jednak na niezależnym podejściu, które środowisko hip-hopowe jednym głosem nazwało powiewem świeżości, zaraz po pojawieniu się Digital Garden. Zdaje się, że kontekstualna otoczka albumu zniosła wówczas na dalszy plan jego muzyczną zawartość, bo funkcjonował jako manifest postępu i wydawniczej jakości. Polski produkt, którego nie mogliśmy się powstydzić. W istocie, było tak i chociaż zestaw nie olśniewał, to dorównywał światu poziomem produkcji.

Red mógł wspaniale wykorzystać ten potencjał i wprowadzić więcej emocji. Tym kawałkom niczego w zasadzie nie brakuje. Brzmieniowo są nadal nieinwazyjne. Posiadają zarysy rozwijających się niejednoznacznie narracji, jak "Gucci Dough", motywy podlegają drobnym modyfikacjom i są konkretniejsze, bardziej zapamiętywalne od wcześniejszych tak, że jest to na tyle interesujące, że da się albumu dosłuchać do końca. Wszystko w porządku, ale treść nie prowokuje do użycia wielu przymiotników. W ciągłym oczekiwaniu na konkret, Red nie można się nasycić. Mam wrażenie, że znam całość na pamięć, a w ogóle nie pamiętam. Co prawda, konkret przychodzi tu i ówdzie. Płyta mogłaby się na przykład zaczynać od "Mindfuck" i "Red Dreams" i dążyć tak wyznaczoną drogą idm’owych pól wstecz, w stronę wyspiarskich wynalazków w "No More", spowita jeszcze z ciekawości schizofrenią FlyLo. A tak, ewolucję pieczętować może jedynie nienarzucająca się rytmiczna konstelacja środka płyty. A może to o to tutaj chodzi? Może to po prostu bity, które nie mogą się doczekać odpowiedniej interpretacji rap-wokalnej?

Krzysztof Pytel    
27 marca 2013
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie