RECENZJE

Kitty
Miami Garden Club

2017, Pretty Wavvy 6.4

Na długogrający debiut Kitty czekaliśmy chyba z podobną niecierpliwością, co na następcę Channel Orange (zresztą porównanie znajduje odbicie w starym, dobrym "okay cupid", czyż nie?), a efekt końcowy oczekiwań wydaje się właściwie w obu przypadkach dość podobny, no bo odpalam Miami Garden Club i myślę: "Fajne, ale to już?".

"I should be less creepy and less easy sounding." Ale dobra, czekaj, to był 2013, to była nawijka Kitty z "ay shawty 3.0" na D.A.I.S.Y. Rage. Czy cloud rap jest creepy? Trochę bardziej niż pop z przełomu ejtisów i najntisów, ale na pewno nie przystępniejszy – czyli przemiana chyba nie do końca pykła. Generalnie, jak porównuję twórczość Kitty do Princess Nokia, to mam wrażenie, jakby odwróciły się rolami: ta pierwsza zaczęła od rozleniwionego rapu (ok, leniwa to ja jestem, pisząc o albumie dwa miesiące po premierze), żeby w efekcie przejść do balladującego electropopu, zaś ta druga w najmilszym dubstepie ewer na "Dragons" z 2014 roku przeszła do agresywnych trapów w "Tomboy" z ubiegłego – to dwie różne osoby.

"Miami Garden Club" miało w ogóle nie wejść na płytę, a weszło i to jeszcze jako tytułowy track, na którym wokal Kitty za każdym razem przywodzi mi na myśl Samię Mirza z 18+, z ich zmysłowego do granic, trapującego r&b na Trust. W "New Leaf" słychać te wszystkie godziny spędzone na nauce obsługi Abletona – co tam się dzieje: reverby, spadające kropelki i wirujące bączki. Z kolei w "2 Minutes" mamy PC Music z lat świetności, albo chociaż fascynację albumem Product Sophie. "Affectionate" zaczyna się tak, jakby zaraz jakaś gwiazda pop – pokroju Nelly Furtado – miała zaraz wjechać na majku. Dopiero gdzieś w połowie tracklisty "Mass Text Booty Call" ze Sprightly na feacie przywołuje dawną, rapującą Kitty, ale nie na długo, bo potem mamy "Running Away", które zahacza o dream pop.

I tak dotarłam do połowy tracklisty. Nie, żeby druga połowa płyty była jakaś gorsza, ale dalej to chyba nie ma za bardzo sensu: spoko album, ale co tu więcej pisać? Schemat dalej mniej więcej się powtarza, jest przyjemnie, ale szału nie ma. Nie wiem, czy to kwestia przejedzenia, bo odsłuchałam Miami Garden Club mnóstwo razy, czy też po prostu longplay Kitty jest sezonówką jak truskawki czy limitowana, zimowa wersja taniego piwa – kiedy się ukaże, można ją pożerać raz za razem, a potem nagle boom mija i można o niej zapomnieć aż do kolejnego sezonu, czy tam kolejnego singla.

Agata Kania    
30 października 2017
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie