RECENZJE

Kings Of Leon
WALLS

2016, RCA 3.6

Kings Of Leon byli w miarę fajni, dopóki rdzeniem ich grania były southernowe wiejskie potańcówki pełne kolesi starających się wyrwać własne siostry. Słodkie życie realizujące się w łopoczących flagach konfederacji, pachnące podrzędnym bimbrem wymieszanym z dymem płonących krzyży; a to wszystko w samym centrum muzycznego południowego wszechświata, Nashville. Do tego wspaniałego krajobrazu dorzućmy jeszcze estetyczną, społeczną akceptacje dla bokobrodów, ale to taka prywata, jeśli nie uważasz, że najpiękniejsze co mężczyzna może zrobić z twarzą, to zapuścić sobie parę dostojnych prawie pejsów, to w zasadzie nie mamy o czym rozmawiać.

Co do samego zespołu: chłopaków na pierwszych płytach zawsze gdzieś w tle nawiedzała spuścizna Dixie, która w dobrych proporcjach scalała się z alterowymi inspiracjami w duchu The Strokes. Czyniło to z Kings Of Leon średnio interesujące zjawisko, które z racji mocnego zanurzenia w folklorze, odbiło się gdzieś tam echem w mediach, w szczególności w zaoceanicznej Europie chyba spragnionej jakiejś miłej egzotyki (chcecie niemiłej, to możecie spróbować szwedzkiego Rednexa, w ich przypadku polecam własnoręczną lobotomie śrubokrętem).

Po zrezygnowaniu ze ścigania się umazanymi błotem ciągnikami w rytm Creedence Clearwater albo Sweet Home Alabama i robienia takiego charakterystycznego teksańskiego yihaaa, kolesie wydali trochę wykorzenionych, zdeka czerstwych, zdeka słuchalnych masówek, gromadząc wokół siebie spore zainteresowanie, wraz z nieźle intratnymi pięcioma minutami, które dość szybko zweryfikowały płytkość zespołu oraz absolutny brak rokowań na przyszłość. Mamy rok 2016, połączmy fakty, połączmy kropki, postarajmy się zrozumieć z czym właściwie mamy tutaj do czynienia. Jeden z ulubionych zespołów Anny Gacek, dostaje producenta odpowiedzialnego za sukces (a wielką przegraną świata) formacji Coldplay, czy wy już podskórnie czujecie tego toczącego się w naszą stronę śmiercionośnego muzycznego kasztana?

Udało się tego na szczęście/nieszczęście dla słuchacza uniknąć, tworząc absolutnie przeźroczysty materiał. Mówiąc całkiem serio, nie będę ukrywał, że WALLS jest zjadliwym materiałem, przytemperowanym i przepoczwarzonym w przyjazny radiowy format, który z jednej strony straszy posmakiem suchego kartonu, z drugiej, no właśnie, jakoś nie ma tutaj wyraźnie drugiej, tej jaśniejszej strony. Wysilając się, można po dużej dawce samozaparcia, niektóre z zaproponowanych kawałków autentycznie polubić (jakiś rodzaj syndromu sztokholmskiego), ale ja się pytam, czy warte to wszystko? Jakby chociaż to wyjątkowo zła płyta była...

Michał Kołaczyk    
10 listopada 2016
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja