RECENZJE

Kings Of Convenience
Riot On An Empty Street

2004, Source 5.7

Tego się nie powinno robić. Ale widzicie, tak się składa, że pierwsze zdanie, które wypowiedziała do mnie Klara, dotyczyło właśnie Kings Of Convenience ("podobała mi się twoja recenzja Quiet Is The New Loud" – miłe, zwłaszcza, że doszło tam do niezłego oldschoolu). Poza tym, odpowiedź na pytanie kto najbardziej ceni chwile spędzone z muzyką dwójki czarujących Norwegów również prowadzi do rzeczonej osoby. Oraz nie zapominajmy że Klara jest też jedyną osobą, w której towarzystwie słuchałem (jak dotąd) KoC. No i najważniejszym argumentem za taką a nie inną koncepcją recenzji jest fakt, że przecież Klara i Quiet... to jak Grek i Under The Western Freeway. Jacek i Aquemini. Sophie i Fantastic Area. Quite the same, you know. Trzeba wam jeszcze tylko wiedzieć, że Klara ma niesamowite sny ("pociąg był pusty i wiał wiatr") i być może wspólne słuchanie Riot On An Empty Street już się w jej głowie przydarzyło. Jeśli nie, wyprzedzam fakty.*

On. Play. "Ach ten głupi boombox!' (ja bym powiedział raczej, że on jest klasyczny, z tym niegraniem płyt). "No, nareszcie". Wiedzieliśmy jakiej atmosfery się spodziewać, więc spotkanie było zsynchronizowane z czystym, ciepłym niebem i najwcześniejszą fazą zachodu słońca. Zaczyna się. Klara mowi, że tak miło usłyszeć znów ich głos. Ma rację. A słowo "znów" ma podwójne znaczenie. Po pierwsze, oj słuchało się Quiet, słuchało. Secundo, KoC to niemal dokładnie ci sami KoC, co kiedyś. Zmiany są iście minimalne: jesteśmy teraz gęściej (a więcej wolnej przestrzeni by nie zaszkodziło) otoczeni akustycznymi strukturami, dźwięki zostały pieczołowicie wypolerowane (zasługa to Davide Bertoliniego, który zastąpił za producencką kontrolką Kena Nelsona), na szczęście bez ich syntetyzacji, i mam tu na myśli nie tylko całkowity brak elektroniki. Dalej wszystko stoi pod znakiem czystej bezpośredniości (ej Borys ja już straciłem rachubę, czy takie słowo istnieje). Mimo to, Klara mówi, z miną niepewną, że ten pierwszy kawałek ok, ale trzeba będzie się z nim osłuchać jeszcze. Przytakuję. Ale drugi track to samo. I trzeci. Podobną wymówką można, jak się okazuje, skwitować grubo ponad połowę albumu. Niedobrze, piosenki duetu nie są już takie jak kiedyś. Wyraźnie.

Na nic ci się przyda akustyk, tym razem – mówię, gdy mijają kolejne utwory. Utwory nie należące do tych, które znajdujesz na gryfie (jeśli umiesz, heh, ja jeszcze przez parę lat umiał nie będę) i których się potem uczysz. I grasz za każdym razem przy okazji posiadania w ręku gitary. Nie ten czar ("par"). Ale i z takiej opresji można próbować wybrnąć, przynajmniej jeśli jest się Erlendem Řye lub Erikiem Glambek Bře. Klara bowiem mnie ucisza i woła: "Poczekaj, to jest piękne!". Zresztą pewnie wszystkie są, tylko nie aż tak jak dawniej, phi. No ale zobacz tę, "Know How"! Hmmam aż do momentu wejscia napakowanego niemal groove'em basu (unplugged oczywiscie). No i wtedy pojawia sie wokalistka Leslie Feist (pamiętacie ją z "Almost Crimes", a być może nawet z któregoś z jej solowych albumow, z których ostatni Let It Die ukazał się w tym roku). Oniemiejemy.

Klara nie za zbytnio moze się ruszyć, co mnie nie dziwi, bo ja też nie. Jak ona śpiewa!!! A to jeszcze nic, bo anioł ten zszedł również na ziemię w zamykającym płytę "The Build-Up". Zawodzi swoim jedwabnym głosem nieco jak Björk (na You Forgot It In People zupełnie, ale to ZUPEŁNIE nie było tego słychać!), z nieco większą dawką subtelnosci. Jak to się mówi, OMG. Do wniosku, że Feist stała się właścicielką jednego z moich kilku (trzech? dwóch?) ulubionych żeńskich timbre, dojrzałem dopiero nazajutrz. To chyba nie kwestia wysokiej jakości partii, jakie dane jest tej istocie wykonywać, nie wiem. W ogóle jeśli chodzi o ten głos, to ja mało wiem poza tym, że nic.

Już jest prawie ciemno. Patrzymy przez okno (przed którym co chwila przelatują gołębie) na ogród, a dalej na nieuchwytną czerwień. Klara jest myślami przy swoim koledze, a może nie tylko, ja też gdzieś się zapodziałem. Jednak co by nie było, Kings Of Convenience mają trwały dar. Niektórzy dotykali Beatlesów by uzdrowić swoje ciało. Dwójki Norwegów wystarczy posłuchać, by myśleć o pewnej sprawie w najradośniejszy sposób. No wiecie, ekhem. O miłości nie mówi się za najwygodniej, zwłaszcza tak "publicznie". A pomyśleć, że niektórzy idą dalej i śpiewają o niej! "Cayman Islands": "The Wind is in you hair / It's covering my view / I'm holding on to you / On a bike we've hired until tomorrow / If only they could see / If only they had been here / They would understand / How someone could have chosen / To go the length I've gone / To spend just one day riding". Oboje z Klarą wzdychamy, choć niekoniecznie do siebie (heh). Dochodzimy do wniosku, że jak dla nas naturalności wcale nie musi towarzyszyć wiele innych atrybutów. Zwłaszcza, jeśli to, co dla kogoś jest naturalne, jest naturalne i dla nas.

Nie wiem, czy to dance-punk (nie spodziewaliście się tego terminu w tej recenzji, i ja też nie) przypomniał całej ludzkości zalety bitu, w każdym razie przy "I'd Rather Dance With You" niemal wstajemy by dosłownie ucieleśnić wesołą melodię. Zainteresowania Erlenda tańcem są tematem jego solowej płyty (patrz: recenzja), nie pozostając wszakże bez wpływu i na jego macierzyste terytorium. A jest to wpływ orzeźwiający i wykraczający poza jeden fragment. Podczas "Stay Out Of Trouble" Klara wyciąga ręce wzdłuż tułowia, raz jedną, raz drugą, do pobudzającego, śmiesznego rytmu. Kołyszemy się. A potem śmiejemy, bo zaczęliśmy to robić w tym samym momencie, niezależnie od siebie.

Niewtajemniczonym zdradzam, że Klarę i mnie dzielą dokładnie dwa lata, dwa miesiące i dwa dni. Zanim uznacie mnie za dziecinnego, zwalę was ze stołka kolejnym faktem: oboje mamy dołki, w obu przypadkach ten po lewej stronie jest nieco większy (ej, to już jest... coś). Elrend i Eirik zapewne mają podobnie. Oni nie robią niczego wbrew swojemu tandemowi. Przyjemne jest samo tylko obserwowanie, jak współpracują, jak się uzupełniają, pierwszy ze swoim niższym głosem, drugi z wyższym. Pierwszy ze swoimi dziarskimi partiami pianina i gitar, drugi ze swoimi. I tak w nieskończoność. Nawet obniżka formy dotknęła ich w równym stopniu, solidarnie. Być może przekroczę teraz granicę, hm. W każdym razie tak mało wydaje się być dobrych ludzi. Prawda? Natomiast istnieją. Biorąc pod uwagę muzyków, dopisuję do listy – oprócz postaci oczywistej, OCZYWISTEJ – jeszcze tę norweską dwójkę. I swego jestem raczej pewien.

Album się kończy i zawód jest. Z drugiej strony, to dla innych songwriting był większością sukcesu Quiet. Dla mnie i Klary to była jakaś połowa. No, trochę ponad. Ciągle kryzys w nas nie bije tak mocno, i choć muszę uwzględnić resztę ludzkości w ocenie (czynię to), do braku ewidentnych stunnerow (Feist przez wymienione dwa utwory się przewija tylko, nie tworzy ich w całości) przyzwyczaiłem się. I mam nadzieję, że wyjaśniłem mniej więcej zrozumiale, dlaczego. Tym bardziej, że tych czterdzieści parę minut to nie był stracony czas, nie tylko ze względu na towarzystwo. No ale nic, pora wychodzić. Także opuszczam pokój, dom, wsiadam w 189, potem metro i hop: jesteśmy w domu. Nara-Klara.


*Już po napisaniu recenzji okazało się, że Klara zdążyła przesłuchać nowe KoC. Zatem nie tyle wyprzedzam fakty, co przeprowadzam ich symulację.

Jędrzej Michalak    
14 sierpnia 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie