RECENZJE

Kings Of Convenience
Quiet Is The New Loud

2001, Source 7.5

Od kilkudziesięciu lat kapele zastanawiają się jak nagrać piękny album. Utwory z takiej płyty muszą spełniać kilkanaście warunków, by ludzie słuchając ich wołali "Jezu jakie to piękne!". Zadanie wbrew pozorom piekielne trudne, nieprawdaż? Bo chyba piękna piosenka nie może być jednocześnie piosenką prostą? Otóż ogłaszam wszem i wobec, że może.

Dowód? Kings Of Convenience. Dwóch kumpli z Norwegii przy pomocy jedynie swoich głosów, gitar akustycznych, pianina oraz perkusji nagrało piękny album. Dwanaście prostych kawałków, które znalazły się na Quiet Is The New Loud to właśnie piosenki, podczas których nie da się nie rozewrzeć szeroko paszczy z zachwytu. W czym tkwi siła tych kilkudziesięciu minut muzyki?

Piosenki Erika Glambeka Bře i Erlenda Řye są niesamowicie melodyjne. Wszystko wydaje się być podporządkowane właśnie linii melodycznej, nawet (śpiewane na szczęście po angielsku) teksty. Właściwie poza melodiami nic specjalnie członków Kings Of Convenience nie wyróżnia: nie są oni wirtuozami gitary, ich wokale nie zmiatają z powierzchni ziemi. Powiedzmy sobie wprost: umiejętności manualne są u tych Norwegów na poziomie jako takim. Ale mimo to, Quiet Is The New Loud to świetna płyta.

Przy żadnym innym albumie tak dobrze nie myśli się o miłości. I nie tylko dlatego, że głównym tematem tekstów płyty jest właśnie to niewyjaśnione zjawisko; w każdym utworze KoC jest jakiś taki... niesamowicie romantyczny, napawający optymizmem duch. Mimo iż piosenki są bardzo lekkie, łatwo jest przy nich przenieść się gdzieś indziej (jak dla mnie jest to główny cel słuchania muzyki: przemieszczanie się za / wraz z nią). Już przy pierwszym utworze z Quiet Is The New Loud wyleguję się pod drzewem na trawce w piękny letni dzień. Od drugiego kawałka nie jestem już tam sam... W dalszej części albumu dzieją się ze mną różne rzeczy, zawsze pozytywne, zawsze związane z marzeniami. KoC mogliby równie dobrze nadać swojej płycie tytuł Love Dreams Vehicle lub Positive Energy Injection. Wiem, brzmi kiczowato. Ale charakter albumu oddaje chyba najtrafniej.

Gdyby wszystkie piosenki były tak cudowne jak "Toxic Girl", "Singing Softly To Me", "The Girl From The Back Then", czy też "Little Kids", oceniłbym ten album na 9.0. Gdyby natomiast było jeszcze z pięć momentów takich, jak podczas końcówki zamykającego płytę "Parallel Lines", Porcys musiałby bezwarunkowo poszerzyć skalę ocen o jakieś dwa całe punkty. "Na szczęście" na razie zostawiamy wszystko po staremu. Pozostałe nagrania z debiutu KoC, choć i tak są bardzo wciągające, odrobinę odbiegają poziomem od tych, które wymieniłem (nie na tyle jednak, by można było mówić o nierównej płycie).

Niektórym album ten może się nie spodobać, ze względu na zbyt dużą prostotę i przejrzystość kompozycji. Fakt, miejscami może to drażnić, ale myślę, że płyty tej należy słuchać skupiając się nie na koncepcji piosenek, nawet nie na słowach, a na klimacie. Na tym duchu, o którym wcześniej wspomniałem. Jeśli – tak jak mnie – uda się Wam go znaleźć, gwarantuję, że do Kings Of Convenience będziecie powracać często.

Jędrzej Michalak    
17 czerwca 2002
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy