RECENZJE

King Krule
The Ooz

2017, True Panther Sounds / XL Recordings 7.8

Tytuł Ooz miał wyrażać moc podświadomości i rzeczywiście, coś jest na rzeczy, skoro każdy inaczej odbiera najnowszy album brytyjskiego songwritera. Namechecking kwitnie, ale – jak w przypadku Thundercata – nieco zawodzi. W tych wszystkich umysłowych igraszkach jedno jest stałe – kiedy spojrzy się na dotychczasową karierę Marshalla, można z łatwością zauważyć, że prezentuje on wyjątkowo spójną, przemyślaną wizję. Pytanie, gdzie tę wizję umieścić?

W orbicie zainteresowań Krule'a na pewno znajduje się surf-rock, rockabilly ("Half Man Half Shark", "Vidual" – awangardowe shuffle, które mógłby nagrać Zappa w głębokiej depresji), noise rock Sonic Youth, punk i post-punk (ślady Damned w półtonowo hiponotyzującym, dysonansowym "Emergency Blimp"), jazz w wersji zarówno ekstremalnej jak i post-lounge'owej ("Logos" oraz wokalna metoda Kinga Pleasure'a w "Lonely Blue"), rozmyty trip-hop ("Czech One"), blues Moody'ego Watersa, flirt avant-folku z jazzem (pewne podobieństwa do Johna Martyna) i last but not least, hip-hop oraz r'n'b (J. Dilla, D.I.T.C, Ahmad, fascynacja produkcjami Neptunes). Momentami słychać też revival 60s w wydaniu flirtującego z elektroniką Broadcast, piosenkową psychodelię Lee Hazelwooda, a można pokusić się nawet o stwierdzenie, że Krule nawiązuje trochę do europejskiej tradycji barowego chanson-popu ("Slush Puppy") spod znaku Brela i Gainsbourga. Te pozornie odległe tropy zostają zupełnie przemielone przez nieuchwytną, monochromatyczną atmosferę znużenia związkiem, toksyczny smutek walczący z cynizmem i "starą, dobrą depresję". Nad wszystkim góruje pozornie surowa harmonia, która bliższa jest jazz-bluesowi niż prostym, trójdźwiękowym akordom o punkowym rodowodzie.

Mam jednak wrażenie, że to niewystarczające INFLUENCJE. Wystarczy mały reasearch, by odkryć, że Marshall przez swoje rodzinne koligacje nie mógł wylądować nigdzie indziej, tylko w post-post-punkowym barze. Dzięki swojej wyjątkowej pozycji jest na tyle oryginalny, że jedyna wielka, historyczna analogia (idąc dalej post-punkowym tropem) jaka mi się nasuwa, to odosobnienie Anteny w beneluxowym odłamie Factory Records. W skali "mikro" można wskazać zespoły, których "nikt nie słyszał", albo słyszało parę(set) osób tj. The Ruts, Daddys Handys czy bardziej znany Josef K., w którym matka Marshalla grywała na basie.

Można mnożyć skojarzenia i tropy, ale to co przede wszystkim odróżnia tegoroczny album od poprzednich, to znacznie bardziej przemyślana i skomplikowana struktura piosenek, które na naszych oczach potrafią schować się za smogiem i mgłą, zmienić stan skupienia i przejść od formy piosenkowej do amorficznych fragmentów dark ambientu. "A Slide In (New Drugs)" na przykład przypomina mroczny remiks Woo, podporządkowując ambientalność amerykańskiemu prymitywizmowi. Szkicowy, balladowy jazz-rock wyewoluował w rozbuchany festiwal post-punkowych, czasem tribalowych konstrukcji, które nawiedzają każdy kawałek bogactwem zbolałej ekspresji. To właśnie tutaj, nie tylko w przemyślanym idiosynkratyzmie opierającym się na pozornie odległych elementach takich jak blues i hip-hop, ale również w nadgryzaniu formy piosenkowej można odnaleźć pewne powinowactwo z post-rockiem Bark Psychosis (zwłaszcza Codename: Dustsucker), późnym Talk Talk i solową twórczością Hollisa, a może nawet –  idąc śladem mroku –  GYBE! Ci wszyscy weterani, którzy w lata 90. wchodzili z niepewnością, ale i determinacją by objąć jakoś współczesność swoją wizją, też mają tu swoje miejsce. Na każdym kroku przypominam sobie o industrialno-elektronicznych wojażach Scotta Walkera czy mniej lub bardziej udanych wybrykach Bowiego z tamtej epoki i schyłkowego Blackstar.

Jeśli Alex G jest obecnie największym innowatorem indie rocka, to niewątpliwie King Krule pełni tę samą funkcję w szeroko pojmowanym post-punku, przenosząc wpisaną w niego wrażliwość i formę na zupełnie inne rejony. Schyłek wielkich narracji wciąż ma się dobrze, ale być może za paręnaście, parędziesiąt lat Ooz zostanie ponownie odkryte jako najwierniejsze odzwierciedlenie skrywanej dekadencji roku 2017 – pulsujący, przefiltrowany przez osobiste, toksyczne relacje oraz rozterki niepokój, który zawsze będzie boleśnie uniwersalnym doświadczeniem.

Jakub Bugdol    
21 listopada 2017
BIEŻĄCE
Moses SumneyAromanticism
BjörkUtopia