RECENZJE

King Geedorah
Take Me To Your Leader

2003, Big Dada 7.3

"Follow the light / The light is your guide". Takim hasłem King Geedorah aka MF Doom aka Viktor Vaughn inauguruje bezskaźny niemal flow entuzjastycznej samplowanki albumu Take Me To Your Leader. Gorzej obrotnych w niezależnym rapie ta bezskaźność może nieźle skonfundować. Ale wtajemniczeni skojarzą MF Dooma poprzez uznane w pewnych kręgach za sporego kalibru dziełko Operation: Doomsday, tudzież zczają gościnny udział Viktora w "Black List" na milowym kamieniu instrumentalnego hip-hopu, Vocal Studies + Uprock Narratives Prefuse 73. King Geedorah to najwyraźniej efemeryczny projekt Vaughna, wykreowany naprędce, z głupia frant, dla urozmaicenia w trakcie pracy nad płytą sygnowaną własnym nazwiskiem. Tak daleko jak się orientuję, King Geedorah to pseudonim nawiązujący do japońskiej bajki o Godzilli, inspirujący specyficzną otoczkę science-fiction wokół skądinąd wypełnionego po brzegi kapitalnymi podkładami i zapierającymi dech w piersiach rapowankami krążka.

Przez co najmniej sześć numerów prąd rytmiczny wydaje się tu być morską falą: nie sposób jej powstrzymać, nie warto się jej sprzeciwiać. Niesamowity, raz przycinany, a raz puszczany wolno kosmiczny loop openera "Fazer" odnosi sukces na dwóch polach jednocześnie, emablując baśniową fantastyką przyszłości oraz refleksyjną, romantyczną atmosferą. Tutaj, jak i również w dwóch innych kawałkach, za mikrofonem stoi sam MF Doom, wprowadzając w arkany spreparowanej, fikcyjnej historyjki. Beat się nagle urywa i nic nie przygotowuje już-urzeczonego słuchacza na odjazd w postaci "Fastlane". To dyskusyjnie highlight całości, błyskotliwie lotny, unoszący się na cudownie wyczesanym samplu miękkiego, smykowego, ale iście bohaterskiego funk-jazzu z lat siedemdziesiątych. Sama progresja wymiata; dodając doń kłującą solówkę gitary a la ugładzony Santana otrzymujemy kandydata do dźwiękowego tła kwartału. Nawijający lekko z boku Biolante (aka Kurious) po prostu nie ma szans zepsuć tego cuda.

Uspokajając nieco pobudzone organy recepcyjne Vaughn uroczyście przechodzi do rozpamiętliwego, nostalgicznego hardcore soul "Krazy World", gdzie wokalnie udziela się uszczypliwy, złośnicki, acz ciepły Gigan. Plecione partie smyków i harfo-podobnej gitary prowadzą przez sklejone dialogowe interludium "The Final Hour" do epopei nadejścia Geedorah na Ziemię, "Monster Zero". Tu urywki filmowych tekstów w stylu "It's Geedorah! Geedorah the space-monster!" krzyżują się w podniecającym podkładzie rodem niczym ze ścieżki do Aniołków Charliego, zahaczającym o zmutowane, zredukowane do słodkiej, kredkowej esencji fusion. Następuje balladowy szczyt zestawu "Next Levels", gdzie potrójnie głosują Lil' Sci, ID 4 Winds i Stahhr. To być może perfekcyjne osiągnięcie MF Dooma na lirycznym gruncie. Stricte jazzowy melanż poetyckiego pianina, podskakującego kontrabasu i ślicznych wstawek saksofonu swoim zasięgiem przekracza wszelkie rapowe ograniczenia. W takich chwilach najbardziej kłania się Quality, zeszłoroczny jazz-hopowy majstersztyk Taliba Kweli. Oba dzieła stykają się w metodzie czerpania ze zbliżonych próbek, ale są odległe ze względu na odmienne aury: duchowo-medytacyjny / słuchowiskowo-futurystyczny feel.

Luknąłem zaledwie na połowę płyty i trudno mi wychwycić tam niepowodzenia. Niby po "Next Levels" jakość nieznacznie spada, harmonie ewoluują w stronę mniej chwytliwą, kolaże dotykają nieraz potwornej psychodelii. Ale i wśród nich znajdzie się kilka porywających sekund, po trochu na każdy. Popis rapowy pod koniec "No Snakes Alive", zjarany duet Dooma i Mr Fantastika w "Anti-Matter", przywołujący odjechane francuskie seriale sensacyjne z epoki wczesnego Bonda motyw w który ubarwiono "Lockjaw" i "One Smart Nigger", czy może zbyt patetyczny, symfoniczny, ale wciąż solidny i głęboki temat "I Wonder". Jeśli kazano by mi wyliczyć niedociągnięcia, wskazałbym pewnie z lekka chaotyczne pluskanie kawałka tytułowego albo męczące na dłuższą metę celebrowanie closera "The Fine Print". Choć w zakresie innowacji bitów akurat te sprawdzają się w zupełności, jako że album rządzi pod wieloma pozorami. Kwestia podejścia.

Produkcyjna płaszczyzna Take Me To Your Leader wciąga posmakiem lo-fi, przyprawiając wszak skrzące, zwarte ślady swingujących groove'ów o komunikaty w rodzaju "Look out there, those two space monsters, among them the three-head, it's King Geedorah", rozdzielające większość tracków. Nad materiałem sam czuwał MF Doom aka Metal Fingered Villain (jak wzmiankuje się we wkładce) i to głównie jemu należą się brawa za efektywne inkrustowanie relatywnie prostych loopów sytuacyjnymi, okazyjnie śmiesznymi, ale głównie nawiedzonymi nutą niestworzonych scenariuszów urywkami, choć każdy z kontrybutorów wpasował się superosko i dopomógł w realizacji. Koncept-album? Fuck you! Przy całej fabularnej oprawie Take Me To Your Leader, album skrywa niedopowiedziane przesłanie antywojenne. Czerwono-biała okładka to składany plakat prezentujący modele zabawkowych żołnierzyków i ich wyposażenia: czołgów, moździerzy, rakiet, samolotów. Ale obok tych zbrojeń widnieje też kilka warstw poukładanych na sobie jak naleśniki płyt analogowych, podpisanych "vinyl". I co wy na to.

Borys Dejnarowicz    
5 października 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja