RECENZJE

King Crimson
The ConstruKction Of Light

2000, Discipline Global Mobile 9.4

Długo trzeba było czekać na tę płytę. Wszyscy miłośnicy King Crimsonowskiego grania, swoistej odmiany jazz-rocka, od pięciu lat (ostatni studyjny album Thrak, 1995) byli zmuszeni bezskutecznie wertować pisma muzyczne w nadziei, że pojawi się w nich choćby wzmianka na temat nowej płyty Karmazynowego Króla. Fripp co jakiś czas uprzyjemniał swoim fanom życie wydając masę bootlegów, albumów koncertowych, nowych wydań starych płyt i wielopłytowych boxów. Ale wszystkie te płyty ze znakomitym Thrakattak na czele nie mogły zastąpić całkiem nowego materiału, który można znaleźć właśnie na The ConstruKction Of Light. Na tę płytę bez wątpienia warto było czekać.

Już przed przesłuchaniem wydawnictwo sprawia dobre wrażenie i zapowiada coś wyjątkowego, a to za sprawą okładki. W książeczce dominują trzy kolory: czarny, srebrny, niebieski. Jest w niej dużo komputerowo zrobionych obrazów, a ponadto teksty utworów i informacje o zespole (kto co robił, telefony, adresy internetowe, kto na czym gra). Na "prawej" stronie płyty widnieje niebiesko-czarna mapa nieba, zaś po lewej (srebrnej) stronie nagrana jest jedna z najlepszych płyt Frippa.

1. ProzaKc Blues. Niesamowite, co można zrobić z wyświechtanych schematów (żeby nie powiedzieć banałów) muzycznych. Jeżeli weźmie się za to czwórka tak znakomitych muzyków jak Adrian Belew, Robert Fripp, Trey Gunn, Pat Mastelotto (Bill Bruford i Tony Levin figurują na tej płycie tylko w podziękowaniach – niestety). Bluesowy kawałek (taaaak, "kawałek" to dobre słowo na określenie "ProzaKc Blues", zważywszy na jego formę). Lekko pastiszowy, bez refrenu, z zabawnym tekstem i fenomenalnymi dwoma solówkami slide'em w wykonaniu Adriana Belew. Przyszłość bluesa.

2-3. The ConstruKction Of Light. Pierwsza, instrumentalna część zachwyca misterną złożonością, ogromnym rozbudowaniem, pięknym brzmieniem gitar i inspirującą sekcją rytmiczną. W drugiej części Belew pokazuje, że jest nie tylko znakomitym gitarzystą, lecz także dobrym wokalistą i równie niezwykłym tekściarzem.

4. Into The Frying Pan. Utwór tak "zakręcony" jak tylko można: połamany rytm, zabawa brzmieniem gitar. Ale to nic, w porównaniu z następnym utworem...

5. FraKctured. Zaczyna się "groźnym" arpeggio z dużym reverbem, w tle słychać soundscapes. Jest to jakby intro do wyczynów gitarowych Frippa, rozpoczynających się w połowie drugiej minuty. Tematowi granemu na gitarze (na razie bez przesteru) towarzyszy zapętlona perkusja i niesamowicie rozwinięta partia basu (grana przez Gunna na intrumencie o nazwie bass touch guitar). W piątej minucie wkraczamy w następną część utworu, w której przesterowana gitara grająca wciąż rozwijający się temat dominuje nad innymi instrumentami. Utwór zamyka to samo arpeggio, które pojawiło się na początku. "FraKctured" jest oparte na głównym temacie utworu "Fracture" (Starless And Bible Black, 1974). Jego ogólna koncepcja i struktura jest do niego podobna.

6. The World's My Oyster Soup Kitchen Floor Wax Museum. Zabawny tekst jest wręcz fenomenalnie interpretowany przez jego autora Adriana Belewa. Kompozycja nie mniej "odjechana" niż "Into The Frying Pan". Partie sekcji rytmicznej są posnute, poplątane i pocięte. Solówki gitarowe w wykonaniu Belewa i Frippa (tak tak, to "pianinko" to gitara, a raczej efekt do niej podłączony) są po prostu rewelacyjne.

7-8-9. Larks' Tongues In Aspic, part IV. Kolejna "powtórka z rozrywki". Najcięższy, najdłuższy, drugi najlepszy utwór na płycie (pierwszy "FraKctured"). Twórcze rozwinięcie pomysłów wykorzystanych na płytach Larks' Tongues In Aspic (1973) i Three Of A Perfect Pair (1984). Utwór składa się z trzech części płynnie się łączących. Wszystkie charakteryzują się częstymi zmianami rytmu oraz ciężkim brzmieniem. Najlepsza jest część środkowa z popisowymi partiami Frippa, który kolejny raz prezentuje swój ogromny kunszt w posługiwaniu się gitarą.

10. Coda: I Have A Dream. Ostatnia część "Larks' Tongues In Aspic, part IV" przechodzi płynnie w ten utwór. Jest on dość trudny do scharakteryzowania. Adrian Belew stwierdził, że jest to coś w rodzaju współczesnego lamentu.

11. Heaven And Earth (by ProjeKct X). Chwila odpoczynku. Kilka sekund ciszy, z której powoli wyłaniają się przedziwne dźwięki wyczarowane przez Frippa za pomocą efektu gitarowego o nazwie soundscapes. Dźwięki te nie tylko zaczynają, ale także kończą kompozycję robiącą niesamowite wrażenie. "Zapętlona" gitara, soundscapes, z początku monotonny bas z charakterystyczną dla Mastelotto perkusją, przerwy "rozluźnienia". Utwór zarazem nastrojowy, jak i wyjątkowo Crimsonowski. "Heaven And Earth" jest jakby promocją kwartetu o nazwie ProjeKct X, w skład którego wchodzą: Fripp, Belew, Gunn i Mastelotto. Płyta dostępna jest tylko na koncertach i w internecie w DGM. Utwór końcowy celowo oddzielony jest przerwą od reszty albumu, aby zaznaczyć, że kompozycja ta jest tworem ProjeKct X, a nie Karmazynowego Króla.

Płyta The ConstruKction Of Light chociaż doskonała, jest ciężka do słuchania. Powodem tego jest jej złożoność, brzmienie, spoistość. Utworów na niej jest mniej niż na Thrak, są one także mniej zróżnicowane. Nie znalazły się tu utwory, właściwie piosenki, w stylu "Walking On Air" czy "One Time", które co więksi ignoranci nazwaliby balladami. Nie ma tu rozluźnień, ładnych melodyjnych utworów, przy których możnaby się uspokoić od muzycznych ekscytacji jakie są nam dostarczane przez resztę płyty. Utworów, przy których z wykazaniem odrobiny dobrej woli możnaby się wręcz zrelaksować. Niektórych to męczy, innych irytuje brak tego rodzaju "piosenek". Według mnie płyta nabrała przez to spoistości. Nie jest to zbiór utworów, krótkich kompozycji, posiekany i poszatkowany na dowolną ilość części, tylko jedna całość, a numerki przy poszczególnych jej częściach są tylko rzeczą formalną, ułatwiającą "korzystanie" z płyty. Albumu najlepiej słuchać samemu, w dużym skupieniu, parokrotnie, zanim wysnuje się wnioski i opinie na jego temat. Przyzwyczaić się do niego. Fenomenalną rzeczą na tej płycie są aranżacje. Partie poszczególnych instrumentów są niesamowicie rozwinięte, lecz nie "przekombinowane". Chyba jest to najlepiej zaaranżowana płyta jaką słyszałem, a pod względem produkcji i brzmienia dorównuje takim arcydziełom jak The Wall Pink Floydów.

Miłosz Ostrowski    
16 sierpnia 2001
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja