RECENZJE

King Biscuit Time
No Style (EP)

2000, Regal 7.2

Na początek małe wyjaśnienie. W 1999 roku King Biscuit Time wydał czwórkę zatytułowaną King Biscuit Time Sings Nelly Fogged Blues In Me And The Pharaohs. Uff, słaby koleś!? Ale to jeszcze nie koniec. Rok później ukazała się kolejna EP-ka, No Style. Jednak do części część nakładu No Style dodano cztery nagrania z płytki z poprzedniego roku. I tak powstała ośmioutworowa składanka, którą właśnie dla was recenzuję. W dalszej części tekstu będę się jednak posługiwał tytułem No Style, bo ten drugi wnerwia mnie swą długością. Wszystko jasne? Cieszę się.

A teraz: kto to jest King Biscuit Time? Ano właśnie. To Steve Mason, lider The Beta Band, skrywający się pod dziwacznym pseudonimem. Co gra Mason solo? Ojoj, trudno to opisać. Beta Band czuć w klimacie, post-rockową świadomość też. Ale jest tu sporo muzycznej abstrakcji, którą pewnie rozumie w pełni tylko sam Mason. Ogólnie jest to koleś, który miesza, i to miesza nie mniej, niż jeden z czołowych mieszaczy naszych czasów, Beck. Ale porusza się w innych rejonach dźwiękowych. Dlatego posłużę się tu wybiegiem, i powiem, że King Biscuit Time, jak mówi zresztą sam tytuł płytki, nie gra w żadnym stylu. No Style. Zadowoleni?

Rozpoczyna "Fatheriver" – szybki, smooth-jungle'owy beat, na którego tle Mason pół-śpiewa, pół-skanduje ze sporym pogłosem. "The world is so funny, funny". Nie da się ukryć. Następuje "Niggling Discrepancy", wiedziony tajemniczym pomrukiem i energetycznym biciem perkusji. Coś w rodzaju harmonii, czy jak to się nazywa, daje dźwięk. Przestrzeń i atmosfera niesamowitości uzyskane z tak prostych środków świadczą o ogromnej inwencji twórczej Masona. "Little White" brzmi jak najarany McCartney nagrywający Sgt. Peppersa w dwudziestym pierwszym wieku. Żadnego rytmu, żadnych aranżacji, tylko kakofoniczne organy i wielogłosowy wokal. Beatlesów słychać też wyraźnie w nagraniu następnym, "Eye O' The Dug", gdzie śpiew też jest na głosy, ale za to w podkładzie gitara akustyczna i klaskanie. Jak dla mnie – pachnący trawą, nieznany wcześniej nikomu odrzut z odrzutów z odrzutów z odrzutów z Białego Albumu.

Dopiero teraz zaczyna się właściwe No Style. Zaczyna się olśniewająco. "I Walk The Earth", ze swoim napędzającym beatem i prostą, acz urzekającą melodią robi wielkie wrażenie. W refrenie dochodzi przeciągły dźwięk przesterowanej gitary, choć, czy to jest na pewno gitara? Rave'owa atmosfera kojarzy się z Madchesterem z przełomu dwóch poprzednich dekad. "Untitled" to w sumie motyw elektrycznego pianina z "I Walk The Earth", coś jak szkolna wprawka rozwijana na tle banalnego beaciku. Ale Mason umiał zrobić z tego osobny kawałek. "I Love You" czaruje nas bajkową gitarą i kapitalnym zaśpiewem Masona na dwie ścieżki, który brzmi jakby przemierzał kosmos. Kończący całość "Time To Get Up" znowu, dzięki wokalnym harmoniom, przypomina o beatlesowskich skłonnościach artysty. Smaku dodaje jeszcze krótka obecność smyków. Naprawdę miłe.

W ogóle to fajnie, że koleś może sobie nagrywać co mu ślina na język przyniesie. Bo dziś taka wolność artystyczna należy raczej do rzadkości. A że ślina przynosi mu rzeczy całkiem interesujące i nowatorskie, to tylko cześć mu za to i chwała.

Borys Dejnarowicz    
17 października 2001
BIEŻĄCE
Relacja: Tauron Nowa Muzyka 2019
SkeptaIgnorance Is Bliss