RECENZJE

Kilo Kish
HomeSchool (EP)

2012, self-released 6.1

Odnotowując jej przyjaźń z A$AP Rockym i gościnny udział na albumach Jet Age Of Tomorrow i Internet, równie naturalnie co słusznie można otagować sobie, bez wysiłku słuchania, EP-kę nowojorskiej artystki jako kolejny sympatyczny post-soulowy suwenirek z krainy Odd Future. Leniwa nawijka z grubsza o niczym na oszczędnych bitach Martiansa i Williamsa (składanych przy udziale Syd The Kyd oraz Smasha Simmonsa i Mela McClouda, ziomków współtworzących z Kilo Kool Kats Klub), kompozycje rozlane z piątą wodą po psychodelii – znamy to nie od dziś. Może dlatego na blisko miesiąc od udostępnienia tego ładnego, acz nieco już wtórnego materiału w sieci, HomeSchool nie doczekało się w zasadzie obszerniejszej recenzji. I choć argumentem ''z innowacji'', a nawet ''z muzyki'' nijak nie można się tu posłużyć, postać Kilo potrafi urzec swoją naiwną narracją o miłości i piciu pod gołym niebem.

Co przewrotnie wyróżnia ten albumik spośród podobnych produkcji, to pełne wykorzystanie niezniszczalnego jak świat światem patentu na dziewczynę z sąsiedztwa. W tym wypadku girl next door brzmi, jakby rapu uczyła się od Uffie, lecz – jak się domyślacie – charyzma nie ta. Mniej pokręcona od Azealii Banks i mniej zmysłowa od Syd The Kyd, snuje błahe historie z podwórka bez specjalnej dbałości o kompozycję, czy jakiekolwiek bądź co bądź stosowne w ocenie muzyki aparaty pojęciowe. Monotonny flow moduluje minimalnie, ożywiając się najbardziej w drugiej połowie "Indigo's July", kiedy to na tle funkującego retro-klawisza nawija: ''The Sun is shining, I'm on my way / Boy, you're the best thing about Saturdays / Sunday too, Monday too, Tuesday too, it's just me and you''. Takich mądrości mamy tu zresztą więcej: ''I easily make believe that all the things you do aren't full of shit, but they are, and now I'm so confused''. Tak jest. Jeśli już o tekstach mowa, nie sposób nie wzruszyć się szeroką ofertą proponowanych napojów, wokół której zdaje się być osnuta narracja całej EP-ki, a w której zdecydowanie rządzi popołudniowy szampan, po którym ładnie płynące "Crosstown" podejrzanie się urywa. Szczęśliwie, dziewczyna daje jeszcze rady z wielopiętrowym i głupiutkim dissem na mężczyzn w "BusBoy" i najbardziej skomplikowanym, przywodzącym na myśl kompozycje z Purple Naked Ladies closerem "Tb70". Niecałe pół godziny naturalnej frajdy na wiosnę. Jeśli ktoś jeszcze nie czuje się przekonany, pozwolę sobie zacytować fragment z udzielonego przez Kish wywiadu: "I don't have a boyfriend technically. He's good. I'm good". Nie mam więcej pytań.

Karolina Miszczak    
23 kwietnia 2012
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie