RECENZJE

Kieran Hebden & Steve Reid
Tongues

2007, Domino 3.7

Kieran Hebden:
Tongues stanowi naturalny krok mojej muzycznej ewolucji. Wychodząc od statycznych raczej brzmień Fridge udałem się w rejony, w których Ty spędzasz letnie poranki ze swoją dziewczyną, a za oknem widzisz bezchmurne niebo i czubek sosny. Pause to taki trochę Ogród Saski, tylko że bez tych obsranych ławek. Brak koordynacji dźwięków niczym brak koordynacji dzieciaków na placu zabaw. Skonkretyzowałem te kontrowersyjne wizje na Rounds, jakaś tam forma piosenkowa, struktura... I wtedy odkryłem rytm, a od tego olśnienia już tylko krok do Everything Ecstatic, uważanego przez wielu za szczyt gówna. I już nawet sam nie pamiętam kto zadzwonił do kogo, faktem jest, że kolejne podejście do studia zrobiłem już ze Steve'em Reidem. Najpierw wypuściliśmy nasze dżemy w postaci dwóch części Exchange Sessions, a potem przystąpiliśmy do tworzenia albumu mainstreamowego. To było olśniewające doświadczenie, no bo "łał, Stiw Rejd oraz ja in jeden studio!", nigdy nie śmiałem nawet śnić o tym. Efekt przerósł oczekiwania! Absolutnie nowa jakość, Reid potwierdzi! Nie zawahałbym się użyć wielkich słów, gdybym nie to, że swym wyświechtaniem nieadekwatne są, ale do rzeczy. Weźmy na przykład takie "The Sun Never Sets", otwierające dźwięki to jak prehistoria Dntela, ale już od pierwszych sekund ciepłe brzmienia przegryzają się niepokojąco z wysokimi tonami jak z zaciętej płyty. Fascynuje ta walka przeciwieństw, w której ostatecznie wygrywa ta zepsuta odmiana dźwięku. Czy może "Our Time", w którym słychać echa moich poprzednich dokonań. Tutaj zaburzenia są niewielkie, ale i tak zmieniają charakter łagodnej ballady w techno paralityczno-drgawkowe. I tak jest z każdym utworem po kolei, tak jak z łódzką komunikacją – zaczynając podróż nie wiesz, gdzie ją skończysz. Magia, odlot dokumentny.

Steve Reid:
Everything Ecstatic to raczej szczyt gówna i właściwie to nie wiem co mnie podkusiło żeby zaproponować spotkanie Hebdenowi albo przyjąć propozycję od Hebdena. Podczas nagrywania Tongues podzieliliśmy się pracą w sposób instynktowny. W sensie kiedy on coś tam sobie dłubał, to ja to rozpierdalałem, bo elektroniki nie lubię, a kiedy z kolei miałem wenę na solówkę, to on zgrzytał i piszczał z niewiadomych przyczyn. Tak powstało na przykład najbardziej irytujące "Brain" – kawałek bez sensu. Nie cierpię go, brzmi jak darcie folii aluminiowej w rytm pralki. Chociaż właściwie momentów irytujących jest tu całkiem sporo. Wyszło nam takie coś jedno, niemal z emulatora gier z barów. Ja optowałem, żeby to w ogóle wyłączyć, a on mi, że nie, że genialne. I nazwał to to "Superheroes"! Nie zrozumcie mnie źle, ja lubię Hebdena, chylę czoła przed Pause no ale chyba przesadził tutaj z luzowaniem gumy. Albo może miał zbyt wielkie ciśnienie żeby nowe stworzyć. Ciężko ocenić, pracowaliśmy raczej na odległość.

Filip Kekusz:
Tongues? No może trochę... raczej mało... właściwie to w ogóle.

Filip Kekusz    
28 maja 2007
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie