RECENZJE

Kids See Ghosts
Kids See Ghosts

2018, G.O.O.D. Music / Def Jam 7.0

Adam Kiepuszewski: Prasa muzyczna chyba za bardzo przyzwyczaiła się do albumów, które publikowane są z metronomiczną precyzją. Bo potem, jak przychodzi taki Kanye West, wykonując fachowo jeden mistrzowski PR-owy wyczyn po drugim, to O ZGROZO!. Kids See Ghosts w odróżnieniu do reszty albumów z katalogu Westa pojawiał się powoli, zaliczając jedną platformę streamingową po drugiej, a kiedy w końcu trafił wszędzie to…wszystkie utwory były błędnie oznaczone. Zastanawiałem się, czy patrzę na ostateczną wersję albumu, czy też na chaotyczny eksperyment przywołujący na myśl wydanie The Life Of Pablo. Chyba serio uwierzyłbym, gdyby ktoś powiedział, że West ustalał jeszcze tracklistę w czasie rzeczywistym.

Jak się okazało, ten cudaczny zabieg mógł być doskonałym sposobem na pierwsze zapoznanie się z Kids See Ghosts. Jeśli miałbym wskazać jakiś motyw przewodni albumu, to byłby to właśnie bałagan, zamęt, ale taki… kontrolowany i dopracowany. Podobnie jak Ye, KSG to album o tym, w jaki sposób sława i choroba psychiczna karmią się sobą nawzajem, zamieniając się w wielki, samonapędzający się wir. Wersy Kanye z "Reborn" są całkiem sensownym podsumowaniem obydwu projektów: "I was off the meds, I was called insane, (…) I want all the pain, (…) I want all the blame".

Już obok pierwszego utworu ciężko przejść obojętnie. Po hooku Cudiego i przyzwoitym, ale bezpiecznym cameo ze strony Pushy T, Kanye euforycznie wyskakuje z wrzawą i nagle Gat-gat, gat, ga-gat-ga-ga-gat Ba-ba-ba-ba Brrr-ah brrr-ah, brrr-ah-ga-grrrat Rude-rude-rude-rude-woooooo! Zgwałcony mikrofon: check. Te maniakalne wokalizacje Ye znakomicie kontrastują się z anielskim mruczeniem Kida Cudi. Kanye, który naprawdę może sobie pozwolić na wszystko, jakoś tak znowu udowadnia, że głos ludzki może być najciekawszym instrumentem w utworze.

Duchowość zawsze była głównym przedmiotem zainteresowania dla Westa, a muzyka gospel kluczowym elementem jego kultowych produkcji. Potrzeba Boga, wiary i konflikt z pokusami odgrywają kluczową rolę w całej jego dyskografii, począwszy od "Jesus Walks" po większość utworów z My Beautiful Dark Twisted Fantasy. Niektóre utwory na KSG sprawiają wrażenie natchnionych i rozmarzonych, ale też z drugiej strony nie bez powodu jest to "joint" album (hehe). Tam, gdzie Ray Charles w kontrowersyjny sposób brał muzykę sakralną i ją sekularyzował, West doskonale konsekruje świeckie tematy.

Im dłużej tego albumu słucham, tym bardziej doceniam fakt, że całość została skondensowana do zaledwie 23 minut. I nadal nie dowierzam, że wszystkie elementy, które nie powinny działać, tylko dodają uroku całości. Wszelkie fałsze Cudiego, abstrakcyjne teksty Kanyego, improwizowane wstawki, WHERE THE CHORUS? To wszystko jedynie sprawia, że częstotliwość odsłuchu albumu zwiększa się z każdym dniem. Kanye i Cudi już nie mają relacji typu mentor-protegé, Zrównoważony chaos "Freeee (Ghost Town, Pt. 2)", napędzany eksplodującymi partiami perkusji i gitary stanowi najbardziej frapujący moment albumu. Żadna z zaangażowanych stron nie dominuje w tej piosence. Jedynie harmonia, zrozumienie i przestrzeń do wzajemnej komunikacji.

Witold Tyczka: Mruczando Cuddera i już przycupnąłem na tej dziewiątej chmurze, i nie wybieram się nigdzie. Ale zacznijmy może od tego, że kiedyś był taki gość, jak E*Vax. Evan Mast – facet pociągający za prawie wszystkie sznurki struny gitarowych, debiutanckich przechadzek Kida po księżycu. Stosując zdroworozsądkowy ogląd sytuacji, po niemal dekadzie od premiery wspomnianego albumu, chyba wszyscy zainteresowani zgodzimy się, że przyciężkawy koncept zgniótł Mescudiego gdzieś na wysokości aktu drugiego. Niezwykła wola walki pozwoliła mu, co prawda, na moment poderwać się z kolan i wygrać kilka krótkich chwil tuż przed "nowym początkiem" (Man on the Moon: The End of Day, Act 5), ale jego podwędzane cannabisem orbitowanie bez cukru nosi gęstą, siwą brodę i dogorywa w domu spokojnej one-hit wonderowości. Niemniej, klepnę chłopa po plecach w geście pocieszenia, bo nasz jedyny naturalny satelita potrafił ściąć największe umysły (po)nowoczesnego świata, z Kubrickiem i jego mistyfikacją na czele, a skończywszy na Konradzie Niewolskim w Czerwonej Kartce Reda. Cudi porwał się z motyką na słońce (heh) i chcąc popełnić dzieło jednocześnie stricte popowe, a przy tym epicko-wywrotowe, w biegu do mety wyraźnie pomylił proporcje poszczególnych części składowych. Mimo to, pewien charakterystyczny pomysł na sound "billboardowego rapu" pozostał. Po części dzięki Mastowi i jego Ratatat, którzy byli takim gitarowym odpowiednikiem BadBadNotGood, czyli instrumentalistami bez reszty zajawionymi hip-hopem. Psychodeliczne szarpidruty i Cudder popełnili ciekawą alternatywę dla tego, co wtedy w radiowym rapie dominowało, czyli kinder-soulu Kanye oraz "miejskiej" koalicji Missy Elliot z Timbalandem. Na tamte czasy, to chyba mała mainstreamowa rewolucja, co?

Dziś, między innymi z E*Vaxem w creditsach, gitarowy drajw powrócił na trochę do łask w swojej skrajnie halucynogennej odsłonie. Niedbałej, poplątanej i raczej intuicyjnej, gdzie cień konceptu przeobraził się w nieskładny, pobazgrany szkicownik – po prostu nawiedził nas narkotyczny Kanye West. "Beautiful madness" pobrzmiewające w choursach jednego z kawałków zgrabnie podsumowuje warstwę muzyczną Kids See Ghosts, która wyraźnie kontrastuje z lapidarnością słanej w eter wiadomości. Przepracowywanie uzależnienia od buszków, depresji i afektywnej dwubiegunowej przybiera tutaj bowiem kształt sloganowy. Stejtmentów jest w bród, zdecydowanie pod dostatkiem, ale to prędzej festiwal treściwych hooków i onomatopeicznych ad-libów Kanye, aniżeli sumienna spowiedź dwójki dżentelmenów na klęczkach przy konfesjonale. Soniczne środowisko naturalne Cudiego, w którym lot Westa bardzo daleki jest od tego, co przyjąłem za "zredukowanego" i "humanistycznego" Ye w notce dotyczącej ostatniej solówki. Układ jest raczej prosty: Chicago "rozcieńcza" i "hauntologizuje" mruczenie do kwadratu Cuddera, a ten drugi pozostawia tyle pola do popisu pierwszemu, by on sam nawinął wreszcie coś w stylu rodem z boisk hip-hopowej ekstraklasy. Wykorzystując zasadę kontrastu, a nie czyste skillsy, rzecz jasna. I choć nie spacerujemy (podobnie jak w przypadku Ye) po Keukenhof sampli, to Kids See Ghosts z całą pewnością eklektyzmem się odznacza. Trochę innym, niż ten, do którego Yeezy-producent przyzwyczaił nas przez lata, gdyż charakterystyczna synkretyczność ewoluowała ze skali mikro (szaleństw realizowanych w ramach jednej piosenki) w makro. Znaczy to mniej więcej tyle, że każdy numer jest wymuskany, przemyślany i skończony, ale jednocześnie za nic w świecie nie przystaje do sześciu okalających go indeksów. To z kole pięknie koresponduje z figurą jaźni fragmentarycznej, trapionej chorobą i składającej się z serii kilkunastu skrajnych transów. Z mojej strony ciężka ucieczka w "doznaniówkę", ale pierwszy raz rzeczywiście czuję, że 41-letni pan-od-dźwięków-tego-wieku faktycznie wyświetla swoją muzykę na rzutniku. Co najlepsze: w kolorze.

Po rebornie Vegety to najbardziej doniosły "Reborn" na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat. Big up, Kanye, za efektowną oraz efektywną defibrylację Cudiego. Projekt Kids See Ghosts wydaje się być godnym podsumowaniem trudnej drogi przebytej przez każdego z rymujących artystów. Bez Man on the Moon: The End of Day nigdy byśmy tu nie stali – pamiętajcie.

Redakcja Porcys    
4 lipca 2018
BIEŻĄCE
RobynHoney
Steve HauschildtDissolvi