RECENZJE

Kid Koala
Some Of My Best Friends Are DJs

2003, Ninja Tune 6.0

Już sam pseudonim dużo nam mówi o kryjącym się pod nim Ericu Sanie. Skrzyżowanie "dzieciaka" z "koalą" emanuje nieuchronnie zabawą, śmiechem, a precyzując muzycznie – groove'em. Gdy dodam, że ów koleś jest DJem zapatrzonym całkiem błyskotliwie w Endtroducing, ogólny zarys Some Of My Best Friends Are DJs wypełnia się. Przebieg płyty, jako jednej z niewielu, które były u nas ostatnio opisywane, zasługuje jednak na choćby powierzchowny opis.

Już na swoim debiucie San wykazał się talentem do zespalania poczucia humoru ze sprawną DJką. Opowiadając na Carpal Tunnel Syndrome jazzowo-hip-hopowymi samplami o koalach, pierwszych randkach i mnogiej ilości podobnie niepowiązanych ze sobą aspektów życia, sprawiał wrażenie uśmiechającego się piętnaście tysięcy razy na dobę przyjaciela weekendów, zwolennika klimatu co najmniej czterdziestoletnich filmów i zarazem pokręconego świrusa, zabierającego bezcelowo na zimowy spacer gumowe płetwy czy też myjącego sobie ręce każdorazowo nowym mydłem. I ten obraz pomimo upływu trzech lat pozostał identyczny co do joty. Piętnaście nowych tracków ma z poprzednikami nawet więcej wspólnego – Kid Koala nadal raczy nas na przykład zaimprowizowanym epizodzikiem jednego z programów National Geographic czy też Animal Planet (nietrudno wywnioskować jakimi zwierzętami się zajmuje), kontynuowane są również wątki damsko-męskie (pewna urocza panna wzruszona opowiada o całowaniu przy muzyce... no zgadnijcie czyjej). Co więcej, na obu albumach natrafiamy na dwa (tyle wychwyciłem) takie same sample, czego w zasadzie nie należy postrzegać jako minusa, ujęcia są bowiem zupełnie odmienne i trzymają poziom całości.

W przypadku Some Of My Best Friends Are DJs błędem byłoby mówienie o fragmentach lepszych i gorszych, nie konkretyzując w czym przejawia się ich wyższa lub niższa wartość. Generalnie cel Kid Koala ma jeden – utrzymać feeling. Na dobrą sprawę spijać ten nektar bogów przychodzi nam już w drugim (po intrze) "Basin Street Blues". Przez pierwszych 158 sekund San czyni wszystko by uniemożliwić przebicie się dostojnej melodyjki trąbki, kalecząc, wyrywając raz po raz jej spore połacie. Jeśli kręcisz film i brakuje ci podkładu do sceny przedstawiającej pijane harce pogrążonej w tańcu dwójki kaszlących emerytów, check it out. Gdy zmęczone impulsy w naszych głowach wyrażają ochotę by oddalić nasze ciało (zwłaszcza chodzi im o uszy) do pokoju obok, wyłania się znany całej kuli ziemskiej, najprostszy z nieskomplikowanych hip-hopowy bit, w jednej chwili spuszczający wstydliwą zasłonę na parę staruszków. Dzięki temu stajemy się prawdziwie yo. Mowa o yo szczerym, wypływającym z wyśmienitego nastroju, powodującym falę wypieków na twarzy i skłaniającym do przyjacielskiego spozierania na otoczenie. I to właśnie Some Of My Best Friends Are DJs w pigułce, a ściślej ideał, w który Kid Koala zapatruje się od przynajmniej trzech lat.

Pod względem wspomnianego feelingu albumowe spełnienie marzeń Sana to jak wiemy opus magnum DJa Shadowa. Pozostałe inspiracje odgrywają mniejszą rolę. I tak, szeroka obecność (idąca w kilka-kilkanaście przykładów przypadających na jedną ścieżkę) na albumie automatycznie odartych z obrazu skrawków kinematografii przypomina, by posłuchać w wolnej chwili King Geedorah. Chwilami, gdy te skrawki są rozleglejsze, tworząc zabawne (zazwyczaj) dialogi, myśli dryfują bezwiednie ku Prefuse 73. A gdyby ta zawiła plątanina lo-fi kichnięć, bitów, urokliwych winylowych zaszumień, loopów i jazzowo-kawiarnianych wstawek kreowała sensacyjnie gnający bez wytchnienia naprzód monolit, składający się z nieprzebranej gęstwiny hooków, posunąłbym się do spojrzenia na półkę, gdzie na kolejny piątek czeka Since I Left You.

Kid Koala ma ambicje wydatnie mniejsze, dlatego jego, idące ze sobą łeb w łeb, krążki to mimo technicznych podobieństw kompletnie inna para butów; bardziej niż zestawy kilkunastu tracków są to dwa nieokiełznane, niemal czterdziestominutowe wygłupy na łonie groove'u. Słusznym jest stwierdzenie, jakoby niekiedy ten jeden wielki misz-masz obracał się w chaos, od którego niejednego pewnie rozboli głowa. Jeśli jesteście konserwatywnie przywiązani do rozpoznawania po kilku przesłuchaniach wszystkich części płyty po tytułach, zakup tego krążka zdecydowanie odradzam. Jeśli jednak opływacie w biżuterię i wozicie się furami, co więcej umysły macie otwarte i spragnione efektywnej rozrywki na odpowiednim poziomie – proponuję uwzględnienie Kid Koali przy najbliższym opróżnianiu kiesy. "Folks, our trip is going to end now / I hope you folks have enjoyed this little trip with us / As we've enjoyed having you folks with us / Get back home and tell your friends about this". Yup.

Jędrzej Michalak    
19 lutego 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja