RECENZJE

Kerrier District
Kerrier District

2004, Rephlex 6.5

W tym roku najmocniej oczekiwane przeze mnie albumy to debiut Jimmiego Edgara dla Warpu, zapowiadany najnowszy materiał najlepszego emce świata Del Tha Funkee Homosapiensa, dalej, mający się ukazać w okolicach jesieni album Edana oraz album Dabrye'go z wciąż zdobywającego coraz nowsze obszary Ghostly International oraz jeszcze nowy album Two Lone Swordsmen. Po co to mówię? Tak sobie.

Kerrier District nie jest żadnym hip-hopem. Nie jest też elektroniką ani elektronikiem ani elektroniczką. Nie jest hausem ani bausem. Kerrier District to ero-disco! Ha! Luźny, chwilowy związek jednego z czołowych bananowców Wielkiej Brytanii Luke'a Viberta z kolorową ero-kulą szpiegulą z Boogie Nights. Inaugurujący ten boogie-krążek "Let's Dance And Freak" łączy w sobie szykowny takt z zaskakującą kwstążeczką w postaci dozowanego, swędzącego bzyczenia, bardzo smacznego ze względu na swoją organiczność (czytaj: we love acid). Dodatkowo, kompozycyjnie jest to utwór przygodowy (jak większość na tym albumie), co czyni go wielkim konkurentem Metro Area (ich kawałek "Atmosphrique" jest genialny). Tak, myślałem o tym żeby zatańczyli do tego Uma Thurman z Johnem Travoltą, ale jeszcze nie wysłałem mejla z propozycją. Napisz mejla do szimejla.

Jeśli bawicie się równie dobrze jak ja, to was zmartwię, bo drugi na płycie "Silhouettes" troszkę mnie zawodzi. Smyczkowy motyw przywołuje mi na myśl szkocką piosenkę biesiadną, a ja nie przepadam za piosenką biesiadną dopóki nie pojawi się w zasięgu mojego wzroku fenomenalny Andrzej Cierniewski. Oczywiście jak zwykle pod względem produkcji Luke jest nieprzeciętny (czy już mówiłem, że jest on moim all times faworytem >? ma BALANS chłopak! jak nikt.) Poczucie obcowania z wielką klasą przywraca "Disclix", ze swoimi disnejowskimi inkrustacjami na tle erotycznie zorganizowanej sekcji ciętych wokali. "Get funke, get down, aaaw! ou,ou,ou,ouuuuuah WOoH!".

Kolejne "Disco Bus" i "New York" jakoś mnie mniej ruszają, natomiast w "Negresco" i "Wide Vice" dochodzi do głosu jego talent do mellow-dziarstwa, innemi słowy nasze dendryty ma szansę połączyć wajb prosto od wuja wajberta. Ja jestem mów_mi_wuj_wajbert, a to jest wajb prosto od krowy milky vary miała karlowe (???). Nie no, dicho, zwykłe dicho. Takie zmierzenie się z klasyczną formą, na które tylko ludzie pokroju "Maj nejm is LUKA" mogą sobie pozwolić żeby się nie ośmieszyć. Ou,ou,ou,ou i jak zwykle zagwarantować miłą zabawę. "Wide Vice" właził mi do głowy przez ładne trzy dni. Stoję sobie, na tramwaj czekam, a tu pyk, ni stąd ni zowąd i gra harmoszka.

Luke Vibert jak zwykle nie zrobił niczego doniosłego. Luke, jak można się było spodziewać, wypuścił chamsko przeciętną muzykę, nie starając się przebijać starych układów. Luke potwierdził, że pozostaje nieprzyzwoicie średnim i w ogóle jakoś tak bez energii, bez siły przebicia... Taaa, Luke jak zwykle pozostał inspirujący.


PS: Za jakiś czas powinny się pojawić na horyzoncie niepublikowane, stare materiały Pluga. Możecie być pewni, że będą ścinały z nóg.

Krzysztof Zakrocki    
9 kwietnia 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja