RECENZJE

Kendrick Lamar
untitled unmastered.

2016, Aftermath / Interscope / Top Dawg 7.2

Kendrick, Kendrick, Kendrick. Czasem ma się dość, ale trzeba się mierzyć z tym co jest. Kto w 2011, gdy premierę miało wyśmienite skądinąd Section.80 spodziewał się, że już za moment Kendrick stanie się postacią tak wielką, mesjaszem i bożkiem? No w sumie ja tak trochę przypuszczałem, podobnie jak całe rzesze innych melomanów. Patrząc wstecz, nawet demówki sprzed kilkunastu (!) lat mogły zdradzać, że mamy do czynienia z obiecującą personą, a gdy rok później ukazało się good kid, m.A.A.d city słowo ciałem się stało i nie było już o czym gadać, nie było czego zbierać.

Potem przyszła następna część hardkoru i pierwszy zgrzyt. "Wielki nieobecny" zeszłorocznego rankingu naszego serwisu to dzieło wielkie, dźwigające na swych barkach wszystko, co to określenie ze sobą niesie. Miliardy odwołań do współczesności i historii, mierzenie się z poważnymi tematami i idące za tym społeczne zaangażowanie. Muzycznie rzecz biegnąca w każdym możliwym do wyobrażenia kierunku w obrębie afro-centrycznego konceptu. Ogromny format, polityka, przemoc, pieniądze, poezja, 2Pac. Lamarowy sofomor był bardzo osobistą opowieścią, z którą każdy mógł się identyfikować, niezależnie od tego gdzie żyje, gdzie się wychował. To Pimp A Butterfly to ogromny spektakl, makro-historia uwikłana w kontekst i przez to zasługująca raczej na uznanie i podziw, niż na miłość jaką może dać muzyce odbiorca. To ten ziomek, którego szanujesz, ale piątkowy wieczór spędzisz raczej z innym, który nie jest może takim kumatym erudytą, ale przynajmniej macie o czym pogadać.

Czy untitled unmastered. to płyta lepsza, niż zeszłoroczna epopeja? Raczej nie, co nie stoi w konflikcie z faktem, że lubię ją bardziej. Odrzucając bagaż zaangażowania i ważności ,jest czymś znacznie milszym, bardziej przyjacielskim. Łatwiej zakumplować się z nieco ponadpółgodzinnym materiałem, niż z kolosem od początku do końca zaplanowanym jako coś wybitnego, ambitnego, znaczącego. Nawet jeśli ten zbiór piosenek to tylko odrzuty, okruchy sesji do zeszłorocznego longpleja, nawet jeśli lirycznie i stylistycznie to to samo oblicze K Dota, odbiór jest inny. Jaki cel przyświecał wypuszczeniu tego materiału? Nie będę próbował zgadywać, ale ciesze się, że mamy okazję zobaczyć i spojrzeć szerzej na proces twórczy Kendricka. Może teraz, gdy nie ma tego patosu i nadęcia, więcej osób dostrzeże w Lamarze niesamowicie muzykalnego i pełnego wyczucia MC, który pod względem ilości flow, ustępuje chyba jedynie Thuggerowi. Kolesia, który potrafi połączyć mnóstwo inspiracji w jedną spójną całość, przybliżać współczesnym słuchaczom brzmienia obecnie zapomniane i nieobecne, nie odwalając przy tym tak zwanej "kiszki stolcowej".

Album nie ma prawa być zaskoczeniem dla kogokolwiek, kto śledził choć trochę poczynania Duckwortha, tym bardziej, że fragmenty znane były już wcześniej z występów na żywo. Trudno przyczepić się do czegokolwiek, nieważne czy chodzi o apokaliptyczny bumbap openera czy clintonowski closer w guście "These Walls", czy cokolwiek spomiędzy – każdy kawałek skrzy się od pomysłów. Znany z The Colbert Report, a tutaj figurujący jako "untitled 03 05.28.2013." wałek dalej zachwyca intensywnością i gęstością, a hook z numeru szóstego chwyta od pierwszego kontaktu. Co ważne jednak - nic z tego nie daje nam pojęcia w jakim kierunku Kendrick pójdzie wraz z następnym solowym projektem. Ta kolekcja odrzutów to świetna i zaskakująco koherentna sprawa, a nieco niechlujny, lo-fi sound tylko działa na jej korzyść, ale to etap już zamknięty. Nieco zawstydzony, ale mówię – nareszcie. Czas najwyższy. Tyle, i przynajmniej udało mi nie wspomnieć o Kanye. Ajć, a jednak.

Antoni Barszczak    
7 marca 2016
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy