RECENZJE
Kendrick Lamar

Kendrick Lamar
To Pimp A Butterfly

2015, Interscope / Aftermath / Top Dawg 7.4

Opłaciło się Kendrickowi Lamarowi puszczać swój album w sieć te kilka dni przed zapowiadaną datą premiery. To Pimp A Butterfly w ciągu pierwszej doby od chwili udostępnienia odsłuchało 9,6 miliona użytkowników Spotify. Padł rekord, fakt przeszedł do historii. Raper dowiódł swojej ogromnej popularności i zainteresowania słuchaczy, co w świetle tego, jak album wygląda, ma pierwszorzędne znaczenie. Prawie dziesięć milionów w ciągu 24 godzin – warto o tym pomyśleć za każdym razem, kiedy odruchowo chce mu się mieć za złe wielkie słowa, które na płycie padają. Takie jak choćby: "społeczeństwo", "Bóg", "Murzyn", "cena życia", "polityka", "Marcus Garvey", "Tupac". Naprawdę aż chce się ironizować tym bardziej, że o ile good kid, m.A.A.d city było według odautorskiej sugestii filmem, o tyle nowemu albumowi bliżej wręcz do teatru i spoken word. To Pimp A Butterfly to zaangażowana wypowiedź człowieka o statusie niemal nowego Michaela Jacksona, który nie czai się z mówieniem rzeczy, które uważa za ważne. Zmierzam do tego, że K. Dot, świadomy ryzyka śmieszności, podjął je. Za co ode mnie kolejne wielkie słowo: "szacunek", nawet jeśli odruchowo patrzę na podobne poczynania raczej krzywo.

Następca good kid, m.A.A.d city to album różnorodny, ale wielość tropów, na które słuchacza naprowadza, spotyka się w jednym punkcie: To Pimp A Butterfly jest lewicową, równościową wypowiedzią wynikającą z tradycji emancypacyjnych i prztyczkiem w gangsterski nochal amerykańskiego rapu. Ulica to dla Kendricka raczej problem bezdomności, bieda, martwe ziomki i niszczące uzależnienie niższych warstw społeczeństwa od cracku niż apoteoza hustlerskiego stylu życia i makiawelicznej dilerki. Manifestuje się to nie tylko w warstwie słownej, ale i w brzmieniowej. Debiut Kendricka dla dużej wytwórni sytuował się estetycznie (upraszczając) w pół drogi pomiędzy westcoastowym brzmieniem i tym, co wówczas uchodziło najszerzej za nowe zjawiska w hip-hopie (mam na myśli wykonawców pokroju J.Cole'a czy Drake'a), wszystko na dużym budżecie. Tym razem K. Dot czerpie przede wszystkim z tradycji Soulquarians – To Pimp A Butterfly nie istniałoby bez Commona czy The Roots, a Bilal nawet się tutaj pojawia. Przykłady można mnożyć, ale spójrzcie choćby na "Complexion (Zulu Love)". Repertuar "czarnych brzmień", którymi producenci Kendricka żonglują, nie zatrzymuje się jednak na przełomie milenium. W bardziej teatralnych momentach zwracamy się w stronę jazzu – w "For Free (Interlude)" słyszymy przykład klasycznie pojętego freejazzu z solówką na nawijce. Na tle różnych fragmentów kojarzących się jazzowo dzieją się też popisy K. Dota w "u". W ostatnim na trackliście "Mortal Man" samplowany jest Fela Kuti. Jazz podpowiada także Thundercat, który jest odpowiedzialny za sporą część albumu. Bardzo kołysze otwierający "Wesley's Theory", który robi metaforę z przestępstw podatkowych Wesleya Snipesa – nie wiadomo, czy to bardziej typowy Thundercat, czy typowy Flying Lotus, w każdym razie struktura bitu jest co najmniej nieoczywista, a główny bohater odnajduje się na nim jak zwykle elegancko. Na pierwszy rzut oka widać fascynację czarnymi hipisami przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych minionego wieku – Sly'em Stonem i George'em Clintonem, co stwierdzić można bez znawstwa już na podstawie samego doboru sampli. Między innymi "King Kunta" korzysta z takich próbek, ale nie tylko za ich sprawą udało się zrobić z tego kawałka miejski i współczesny odpowiednik Funkadelic. Na takim psychodelicznym funku właściwie zbudowany jest też znany od dawna rasowy pop "i". Rozumiem, że można tego kawałka nie lubić, bo trochę boli dostrzeżenie w nim lepszego odpowiednika "Happy" Pharrella Williamsa. Podkreślę – lepszego. Do rzeczy z półki, powiedzmy, gangsterskiej K. Dot puszcza oko może tylko w kapitalnym "Hood Politics", w którym słyszę nawiązanie do ulicznego, ninetiesowego hip hopu podobne duchem do dokonań Joeya Bada$$a, ale bardziej przewrotne.

Nikogo specjalnie nie dziwi nazywanie Kendricka Lamara najlepszym raperem na świecie. Rzeczywiście możliwości techniczne, którymi dysponuje, muszą robić wrażenie. Różne style, jakich używał już teraz, na wysokości trzeciej długogrającej płyty, trudno byłoby zliczyć. Do tego jest bystry, błyskotliwie składa, rytm rozumie organicznie i kilka razy bardziej subtelnie niż większość ewentualnych konkurentów w walce o koronę. Nawet kiedy nawija, zdawałoby się, zupełnie offbeatowo, trzyma się rytmu co do milimetra (patrz: Pusha T, "Nosetalgia", z gościnnym występem K. Dota). Kendrick Lamar na tytuł króla po prostu zasługuje. Nawet jeśli każdy, włączając w to mnie, mógłby wskazać we współczasnym rapie innych ulubieńców. Jest aż tak dobry, że nie sposób go zignorować. Robi rzeczy po swojemu, można nawet uznać, że delikatnie pod prąd. Przykłady? Niby Thundercat jest cool, ale czy na pewno dla każdego z 9.6 miliona fanów, którzy przesłuchali To Pimp A Butterfly w ciągu pierwszej doby? Niby niemała liczba rzeczy od kolektywu Soulquarians to niekwestionowana klasyka, ale czy rzeczywiście najatrakcyjniejszy wybór dla młodzieży szalejącej na punkcie A$AP-ów? W całym widzę tylko jedną dziurę: Kendrick Lamar wciąż nie nagrywa aż tak dobrych albumów, jakie mógłby nagrywać. Zupełnie mi to jednak nie przeszkadza, dopóki nagrywa bardzo dobre.

Radek Pulkowski    
25 marca 2015
BIEŻĄCE
Relacja: Tauron Nowa Muzyka 2019
SkeptaIgnorance Is Bliss