RECENZJE

Kendrick Lamar
DAMN.

2017, Top Dawg / Aftermath / Interscope 6.5

Jakub Bugdol: Nie czekałem na DAMN., choć to "poczucie wspólnoty" stereotypowych 20-kilkulatków w sneakersach, te marketingowe zespolenie, jakie się pojawiło w oczekiwaniu i odsłuchu (choć relacje na żywo pełne zachwytów były strasznie żałosne, podobnie jak przy okazji Drake'a) jakiegoś albumu w 2017 jest jednak JESZCZE (po przeoraniu wspólnotowych doświadczeń i "kultowości", internetowym nadmiarem oraz możliwościami wyboru) dosyć rzadkie, nie do końca przez online-geszefciarzy wykorzystane i w sumie nawet jakoś tam miłe, ale stety-niestety ja chyba już tego od dawna nie potrzebuję. Może nigdy nie potrzebowałem tych kontekstów, jak nigdy nie potrzebowałem "gwiazd" – "se odpalę jutro albo pojutrze", tak pomyślałem w dniu premiery i to wcale nie z przekory. Sprawa numer 2: jestem człowiekiem STAREJ DATY, nie drażni mnie nawet system "album co trzy lata", staram się, by czas płynął dla mnie tempem przed-fejsbukowym, kocham drążenie jednego tematu przez dłuższy czas. Kendrick i ja to dwa różne typy grzechów: moim jest grzech zaniechania, K-Dot popełnia raczej występki (podkreślam – występki) z dziedziny nadproduktywności. No więc po wielu zwlekaniach (album co roku nie działa pozytywnie na apetyt) odsłuchałem wreszcie DAMN. i okazał się on być niezłą zagwozdką. Z jednej strony – dużo fillerów, ale w sumie gdzie ten słaby album? I jak właściwie można narzekać, że nie nagrywa się co roku To Pimp A Butterfly? Wszyscy rozpływają się nad Bundickiem, DeMarco też dostaje fory, na zachętę chwali się jakichś hip-hopowych przeciętniaków, a biedny Lamar ma otrzymać straszne cięgi za brak arcydzieła i nagranie płyty "dobrej". Ja cieszę się bardzo, że pojawiła się Rihanna i pop ("LOYALTY.", "LOVE."), że bit potrafi być wciąż agresywny, wyrazisty ("DNA.", "HUMBLE."), że udają się w miarę wielowymiarowe plecionki ("LUST.", "ELEMENT."), ale jak wspomniałem, wypełniaczy tu nie brak i żeby nie zaburzać odsłuchu stworzyłem "swoje" DAMN., czyli DAMN.-wersję skróconą na około 6.8 (lub nieco powyżej), która stanowi około 50% oryginalnej tracklisty. I wolałbym, żeby Kendrick nagrał taką właśnie EP-kę (zwał jak zwał). Pod Caps Lockiem z kropką, próbą (ale taką od niechcenia) detronizacji rap-królów Billboardu, kryje się przecież niezły, choć nieco przejściowy album zawierający w sobie co najmniej siedem tracków wartych zapamiętania. Cóż, pułapka każdego Mesjasza: albo 20-trackowy/playlistowy/darmowy/pay-what-you-want/z zaskoczenia longplay albo śmierć. Koledzy i koleżanki z redakcji pewnie za niejedno jeszcze pochwalą K-Dota, ja mimo wszystko pobawię się w tego złego i skupię się na słabościach. Niech ostatecznym świadectwem mojej jednak dużej sympatii do tej płyty będzie to, że zrobiłem sobie z niej plejkę – ZNAK CZASÓW. A teraz już z czystej przekory i troski, wspomnę o trackach, które się w niej nie znalazły. Oto anty-playlista DAMN., czyli: czego unikać, by cieszyć się niezmąconym odbiorem:

"YAH.": mniejsza o flow – to najnudniejszy bit, jaki ostatnio słyszałem. Wyjątkowa breja, nie bit. Chyba więcej nie trzeba dodawać.

"FEEL.": niewykorzystany potencjał tej dystopijnej bossa novy (kierunek ciekawy) aż boli. Żałuję, że Kendrick zrobił z tego tło dla średnio przekonujących żali. "Ain't nobody prayin for me" – eee tam, może jednak nie warto, bo "Boga nie ma", ale pomyśl o tym, jak MAMA SIĘ PRZEJMUJE.

"PRIDE." : sorewicz, ale w dziedzinie wyrobów zahaczających czy to tematycznie, czy muzycznie o hmm... negro spiritualis, polegam bardziej na Desiignerze i Frostmenie (hehe), a ten monotonny, rozwlekły bit próbuje nieudolnie naświetlić mi pokorę i skruchę celebryty tęskniącego za "lepszym, wiecznym życiem", "prawdziwym szczęściem, a nie pozą". No i ileż można z tą Biblią? Głowa w dół – kciuk w dół, aż żal, że młodzian Steve Lacy maczał w tym palce.

"XXX.": dla mnie jednak przegięcie – początek nie jest tak zły, ale od pierwszej "Ameerica" mam lekkie mdłości, a potem wchodzi ten żałośnie szczątkowy, oldskulowy bicik (karykatura Public Enemy czy co?), pocięty tępymi nożyczkami i Bono – BONO W 2017 – czyżby niebezpieczne symptomy odklejenia od rzeczywistości już w wieku trzydziestu lat? Poza tym K-Dot oczywiście onanizuje się rolą Mesjasza zbawiającego świat w majtkach Calvina Kleina.

"FEAR.": leniwy track, który chciałby być jointem tak jazzującym jak pół Untitled Unmastered, chciałby wyzyskać potencjał z kontrastu z tekstem o beznadziei życia pocieszanego wiarą (znów), ale zatrzymuje się gdzieś na poziomie bycia pociętym, poprzewijanym skitem bez wyraźnego rozwinięcia. Szukanie absolutu kończy się bitem jak po Absolucie.

A moja DAMN.-plejka puka do drzwi listy rocznej.

Gabriel Mrzesiak: Nowy album Kendricka Lamar ukazał się w Wielki Piątek. Ważne święto. Podobno tego samego dnia ukazała się płyta jakiegoś Playboy. Niestety, przyznam się, nic o tym nie wiem, nie toleruję pornografii. Hip hop, muzyka z natury skoczna, ale nie zawsze. Potrafi kojarzyć się nie najlepiej, ale ludzie znający się na rzeczy już wiedzą, że Kendrick Lamar jest tekściarzem nieprzeciętnym i odbiegającym od obecnych trendów. Na przykład w bardzo głośnym utworze "DNA." rozlicza się z Amerykańską Stacją Telewizyjną Fox News, której, muszę się przyznać, nigdy nie oglądałem. Innym ciekawym momentem jest "ELEMENT.", które przypomina mi trochę popularnego Kanadyjczyka Drake. Trzeba to przyznać – cały album jest mocno zróżnicowany, składa się zarówno z brzmień nowoczesnych, jak i tych nieco bardziej klasycznych. Różne są też emocje: "FEEL." jest uczuciowe, a z kolei "HUMBLE." bardzo niepokorne. Kendrick Lamar miesza też rożne poziomy przystępności. Obok utworu z Piosenkarką Rihanna, który, muszę przyznać, wpada w ucho, można znaleźć także długi utwór "FEAR.", przy którym, przyznam, zasnąłem na moment. Całe szczęście obudziła mnie moja Żona (słuchała albumu razem ze mną). Komentarzy doczekał się również występ zespołu U2. Sam jednak o nim nic nie powiem, ponieważ trudno coś powiedzieć. Taka jest to płyta – jednym się podoba, innym trochę mniej. Ma różne momenty, a te lepsze zgromadzone są w jej drugiej połowie, choć właściwie nie wiem dlaczego. Podoba mi się jeszcze zamykający całość utwór "DUCKWORTH." (nazwisko Artysty). Podkład jest bardzo melodyjny i podniosły. Zastanawiam się natomiast, czemu następuje po utworze "GOD." – czy ma to oznaczać, że Kendrick Lamar stawia się wyżej od Boga? Pozostawiło to we mnie mieszane odczucia, podobnie jak cała płyta DAMN.. Poprosiłem moją Żonę, aby pomogła mi się jakoś odnieść do moich wątpliwości i artystycznego poziomu albumu, jej odbioru i znaczenia dla popkultury. Zostawiła mi liścik i wyszła, nie mówiąc ani słowa. Cytuję: "Gabrysiu kochany, niepotrzebnie się tak ekscytujesz. Inni też niepotrzebnie. Album jest trochę dobry, trochę średni. KENDRICK. Chcę utworzyć jakieś cenne i wielkie duszpasterstwo, uskuteczniać prawdziwą ewangelizację". Ostatniego zdania zupełnie nie rozumiem. Ciekawe, czy wróci.

Wojciech Chełmecki: DAMN. – wraz ze zmęczoną gębą zbitego psa, topornym czerwonym banerem z kropką i "HUMBLE." jako wiodącym singlem – jeszcze przed premierą stał się przyczynkiem do masowego generowania memów, tworzenia mitów o zmartwychwstaniach i PUNKTOWANIA dzisiejszej rapgry. Tymczasem gdy już przebrnie się przez heheszkową (a jednak śmiertelnie poważną) otoczkę i zostanie z albumem sam na sam, to okazuje się, że… niewiele można o nim powiedzieć. I odnoszę delikatne wrażenie, że to całkowicie zamierzony efekt. Po dwóch doniosłych z przynajmniej kilku perspektyw dziełach, Kendrick postanowił nagrać krążek zupełnie nijaki, bo – halo – trzeba być jak Pikers i wozić się skromnie. DAMN. to leniwe (DJ Dahi w "YAH." najwyraźniej w swoim żywiole) , unikające przejaskrawień podkłady oraz próbujący zamaskować siłę swojej osobowości KDot, i poza wspomnianym, siermiężnie wystylizowanym, ale na swój ułomny sposób hipnotyzującym "HUMBLE.", nie ma tu żadnych specjalnie wyrazistych momentów. Bywa nudno, jak w ciągnącym się w nieskończoność "FEAR.", ale tak poza tym, to ten... no… NO SAMI WIECIE. Pytaniem otwartym pozostaje, na ile Duckworth cynicznie pograł sobie kartami kubła zimnej wody i nieaspirowania do niczego, a na ile udało mu się wizerunkiem zamortyzować spadek formy, ale na ten moment trzeba dopisać mu do dyskografii kolejną dobrą – choć zaledwie dobrą – pozycję.

Agata Kania: Czemu NATION. miałoby w ogóle zaistnieć?

Bo za mało Caps Locka w dyskografii Kendricka? Bo za dużo trapu i za bardzo 2k17 na DAMN.? Pojawiłyby się żywe instrumenty i K-Dot rapowałby na podkładzie serwowanym przez orkiestrę (na)dętą? A może jednak jakieś spektakularne featuringi, skoro obecność Bono jednak nie żenuje? Standardowo jakiś Thundercat, Jay Z? Czy jednak Gucci Mane w ramach zadośćuczynienia za ten bit, co to Mike Will Made-It dla niego kleił, a jednak pokornie oddał na potrzeby "Humble"? Nie byłoby przewijania taśmy do tyłu? Biblia leżałaby nietknięta, podobnie jak i historia poczciwego Duckwortha? A może to kwestia dzieci Franka Oceana: tego ślubnego, czyli Blonde, i tego trochę mniej – wcześniejszego Endless? Warto w ogóle w tym miejscu wspominać Kanye Westa i produkowanie kolejnych wersji tego samego albumu? Może NATION. byłoby bardziej minimalistyczne – mniej mesjanizmu, mniej autotune’a? No właściwie czemu?

Nie wiem czemu.

Ale czekałam.

Jak długo jeszcze będziemy się podniecać kolejną identyczną płytą Maca DeMarco, która wyciekła do sieci? Jednocześnie ganiąc Lamara, że zrobił coś, co odbiega od reszty do dyskografii? Załóżmy, że nasz amator Viceroyi to taki szkolny łobuziak, który na ogół łapie same dwóje, a ten drugi facet (typ mesjasza, kumasz) to taki prymus, który ciągle z samymi piątkami przychodzi do domu. I co teraz, jak ten pierwszy dostanie trójkę, to chwalisz, że się postarał. A jak drugiemu trafi się czwórka, to trzeba sprać dupsko. Trochę jesteś nieuczciwy, nie sądzisz?

Nie wiem jak długo.

Ale kto jest w stanie raz na dwa lata nagrywać To Pimp A Butterfly od nowa?

...

Redakcja Porcys    
6 maja 2017
BIEŻĄCE
RideWeather Diaries
Brian EllisMirror/Mirror