RECENZJE

Kelis
Flesh Tone

2010, Interscope 5.2

KFB: Maj. Trąba powietrzna w Suwałkach. Śnieg w Zakopanem. Zalany Kraków. No i ta nowa Kelis do tego. Cóż, to chyba powoli robi się już nudne – znowu znana i powszechnie ceniona postać "kompletnie niespodziewanie" idzie sobie w electro-tany, "świat jest w szoku" i takie tam. Generalnie to nie wieeem, nie wieeeem czy jest się z czego cieszyć, zdania pewnie tradycyjnie będą podzielone, ale mimo wszystko mnie do radości daleko. Cały koncept od początku jawił się mocno ciężkostrawnie – no bo niby gdzie Kelis z jej timbre i electro, ale okazuje się, że końcowy efekt aż tak zły nie jest. Nie oznacza to naturalnie, że jest dobry, na szczęście mamy trochę więcej opcji na naszej porcysowej palecie szarości. Dobór producentów, pomocników i całej tej zgrai zdaje się mówić wszystko o kierunku obranym przez byłą żonę Nasa – dość powiedzieć, że to sami electrycy (typy pokroju Guetty i Benassiego) i takie odgórne ograniczanie się do jednego stylu z naszej perspektywy może tylko martwić. Boleję zwłaszcza nad nieobecnością w szerokiej kadrze Ryśka X'a, z którym Rogers nagrała kiedyś totalnie przefajny popowy kawałek i szkoda, że nigdy nie poszła za ciosem, a okazji przecież pewnie nie brakowało. A na Flesh Tone są hausy, czipsy, electro-pierdolnięcie i impreza, ale jest też mimo wszystko ten dysonans, że to przecież ciągle Kelis i dzieeeewczyno, "chyba pomyliłaś drogi na skrzyżowaniu bo można było obrać lepszy kierunek". Aczkolwiek trafienia się zdarzają, dowodami niech będą mocne "22nd Century" czy littlebootsowe (hihi) "4th of July", a niektóre momenty "Scream" sprawiają, że skojarzenia wędrują w stronę electro szlagieru "Let Me Think About It", który darzę dziwną sympatią, więc w sumie na rękę mi to. Poza tym "Brave" i ta piosenka dla dziecka na koniec to kawałki budzące sympatię, chociaż na swój sposób nieco irytujące, też (closer ckliwy nieco, ale przy tym dosyć pogodny, to fakt). Sami widzicie, ciężko się na coś zdecydować.

Pora na szerszą refleksję – techno wdziera nam się do popu, cóż za czasów dożyliśmy! Gdyby był ze mnie lepszy socjolog to powiedziałbym wam pewnie o czym to świadczy a tak mogę się tylko domyślać. Może koleżeństwo wie, jak wie to niech powie.

AG: Trzy szokujące odkrycia ostatnich dni: Kaleidoscope było nagrywane pod koniec lat 90-tych, Tasty liczy sobie już siedem lat, a moje openerowe kalosze wyciągnięte ze strychu na okoliczność powodzi są nagle o dobry numer za małe. Jak starzy jesteśmy? Kelis przez lata także wydoroślała, pobrała i rozwiodła z Nasirem, powiła syna, chciałoby się powiedzieć: dojrzała. Niestety Flesh Tone nie sprawia wrażenia płyty dojrzałej – sprawia wrażenie płyty przypałowej. Podobną transformację stylistyczną (z króla dzielnicy w króla klatek i podestów) zaliczył niedawno Dizzee, i wyszedł z niej z wdziękiem, podniesionym czołem oraz sporym pogłowiem świeżych fanów, którzy na jego wcześniejsze rzeczy nawet by nie splunęli. Do dziś zdarza mi sie chodzić po domu lub mieście kompulsywnie melorecytując "Money money money girls girls cash cash". Na Flesh Tone taki potencjał zdreszonej jazdy ma bodaj tylko "Home". Kiedy na początku "Emancipate" słyszę, że "Let me tell you what love is – it's when you meet each other halfway" to wyobrażam sobie nie spotkania ponad podziałami, które owocują tanecznym wydawnictwem sezonu, ale Kelis stojącą – jak to mówią – w bolesnym rozkroku pomiędzy światem docenianych płyt i przecierania szlaków, a światem, w którym czternastoletni siostrzeńcy podrzucają jej klipy z Davidem Guettą i wkręcają, że jest spoko. Już nawet nie wymagam polotu, byleby frajda była. A niezręczność Kelis w nowym wcieleniu technomatrony bardziej mnie męczy niż raduje.

ŁK: A idźćie do diabła. Nowa Kelis jest dobrą Kelis, mimo, że to prawie wcale nie jest Kelis. Flesh Tone – gra słów, może chodzić o kolor skóry albo "brzmienie ciała" – w żadnym stopniu nie jest płytą r'n'b. Zamiast tego jest płytą chwilami eurodance'ową, momentami techno, tu i ówdzie electro. Muzycznie to bardzo BIAŁA płyta. Przypominam wam, że Kelis osiem lat temu śpiewała na płycie Timo Maasa, to nie tak, że wypłynęła na kompletnie sobie nieznane wody. Ale to ciągle nielada wolta. Jak się przechodzi od gorących bitów Neptunes do ewokacji Kate Ryan i produkcji Davida Guetty? To trochę, nie wiem, jakby w latach 70. biały glamrocker nagrał soulującą płytę a później jakieś elektroniczne eksperymenty. Przesadzam, w nową Kelis łatwiej uwierzyć. I całkiem łatwo ją lubić, póki piosenki są tak dobre jak te z pierwszej połowy płyty. "4th Of July (Fireworks)" ma zupełnie wiarygodny minimalowy bit, puszczam to teraz w sąsiedztwie miksu Dominika Eulberga i wchodzi. Ma też świetny refren, w którym Rogers odnajduje się w roli klubowej diwy. "22nd Century" przypomina Overpowered Róisín Murphy, chociaż eksploruje eurodance'ową estetykę bardziej dosłownie niż tamten album. Jest też zwyczajnie fajny. Niestety nie udało się uniknąć pomyłek, z których największą jest pożałowania godna zwrotka "Brave" z dławiącym głos wokalistki vocoderem i żenującymi lirykami. Refren "Emancipate" nie jest aż tak słaby, ale wyzwolić to ja się mogę od niego. Pozostaje siedem bardzo dobrych kawałków i artystka, która właściwie może teraz zrobić cokolwiek.

KB: Moim zdaniem prawda tkwi idealnie po środku. Dobre piosenki na tej płycie kończą się na utworze z indeksem piątym. Nie są to szczyty kompozycyjnej finezji, ale ewidentnie są to porządne dancefloor fillery, skupione bardziej na klimacie, repetycji, DJskich sztuczkach, niż na przewrotnych hookach i wyrafinowanych mostkach. Kelis potrafi też przykryć swój indywidualizm, mimo że występuje w roli house'owej divy – w większości utworów zupełnie oddaje się ich klimatowi, nie wyskakując "przed materiał" – dla kogoś może to oznaczać zrównanie się z poziomem eskowej łupany, mi wydaje się, że w ten sposób spełnia niezbędne punkty konwencji takiej muzyki. Hipnotyzujące "22nd Century", minimal/french-trance'owe "4th Of July" (zabawne jak bardzo produkcyjnie podobne jest to do singla Chylińskiej - nie znoszę utworu, ale nie mówcie, że nie jest) i rave'ujące "Home" to potencjalnie trzy najlepsze utwory, do jakich będziemy tańczyć w najbliższych miesiącach w co bardziej mainstreamowych klubach. Tribalowa "Acapella", mimo wszystko najbardziej chwytliwa (singlowo-popowa) w zestawie, początkowo mnie zupełnie nie przekonywała, ale myślę, że kompletna oszczędność produkcyjna i oparcie utworu rzeczywiście przede wszystkim o wokal, okazały się być udanymi pomysłami i nawet próbuje zaistnieć tu jakiś meta-element.

Dramat zaczyna się, gdy do gry wchodzą fatalni, choć przez mainstream uwielbiani producenci, bo jeśli "Acapella" prawie nie brzmi jak utwór Davida Guetty, to w "Scream" tkwią wszystkie najgorsze cechy jego stylu - długie, doprowadzone już do absurdu, wiecznie brzmiące tak samo przerwy z pianinkiem w tle, które powodują, że automatycznie spieprzam z parkietu, a które poprzedzają inne przerwy i oklepane electro beaty, do których tańczenie jest mniej wciągające niż dowolna inna życiowa aktywność. Już nie wspominając o dresiarskości tych rapowych fragmentów - niesamowite, jak bardzo wiele ten utwór gromadzi tego, czego nie znoszę we współczesnej muzyce tanecznej. Na forum PopJustice ktoś napisał, że "Emancipate" to kawałek za który mogłaby zabić Madonna i w pełni się zgadzam - wszystko, co wkurwiające obecnie w Madonnie się tam znalazło - idiotyczne, hasłowe refreny, wyzwolona poza, denerwująca "misyjność", banalna queerowość - przypominają się naprawdę tak złe momenty w karierze Ciccone jak "Nobody Knows Me" i płyta American Life w ogóle, ale i ostatnie, szczególnie koncertowe wybryki. Poza tym – Benassi? Serio? Beat "Brave" to jest kwintesencja banału, którą można usłyszeć na każdej nocy z "indie electro", a w samym utworze przez trzy minuty nie wydarza się absolutnie nic, co choćby na moment przykuwałoby uwagę. Jest jeszcze "Song For The Baby", które przecież mógłbym uwielbiać - momentami ewokuje skojarzenia z Milky i Kate Ryan w "All For You", ale przeprodukowanie czyni go zwyczajnie niesłuchalnym. W każdym razie trzy bardzo dobre parkietowe utwory, dwa kawałki miłe raczej do posłuchania i cztery zupełne niewypały – bilans mimo wszystko jest na plus i w ogóle fajnie, że w końcu coś się w popie ruszyło.

Aleksandra Graczyk     Kamil Babacz     Łukasz Konatowicz     Kacper Bartosiak    
19 maja 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie