RECENZJE

KęKę
To Tu

2018, Takie Rzeczy 1.7

Chciałem się zabawić w archeologa i odnaleźć zaginiony filmik, na którym lekko pijany Piotr Siara z flaszką czystej w ręce opowiada o wdrapywaniu się po szczeblach kariery. Wywód, oczywiście mocno humorystyczny, skwitowany był klasycznym "hurrwa". Efekt poszukiwań? Kiepski. Poległem zarówno ja, jak i gros poproszonych prze mnie o pomoc łebków. Brak kopii tak cennego wideo boli o tyle, iż bardzo ciężko odnaleźć dziś autentycznego Kękę z czasów, w których jeszcze nie był platynowym członkiem klubu McFit. Bo gdzie go szukać – w kawałkach? Dajcie spokój. To zawsze był bardziej człowiek, nie grajek. Poczciwość, pewna uniwersalność i wspomniany już autentyzm znalazły po prostu odpowiedni nośnik – muzykę. Od 2013 do 2015 roku reprezentant Radomia wyprodukował może trzy sensowne i spójne numery, które w jakiś sposób mogły oddziaływać na słuchacza na płaszczyźnie innej, aniżeli stricte emocjonalna. Bez utożsamianka nic nie strzelało jak w Sylwestra, a propsa raz za razem wyłapywali zdolni bitmejkerzy. Utwory były efektem przetworzonego i uładzonego procesu myślowego. Trochę pod publikę, w zgodzie z oczekiwaniami – wiadomo. Bez fristjalu kojarzonego z fejsbukowymi wpisami oraz nieskrępowanego flow towarzyszącego materiałom z backstage'u. Dlatego zapis PRAWDZIWEGO stylu bycia tego – bez wątpienia – charyzmatycznego wirażki, którego wybiórcza wiedza historyczna, w połączeniu z chronicznym wkurwieniem, pozwalała mu się czasami nadąć na tematy wartkie i ważniejsze od popielatych storytellingów z południowo-mazowiecką gadką, był nieoceniony. W dobie zmian światopoglądowych niemrawo sygnalizowanych na Trzecich Rzeczach, dobrze było mieć jakiś dowód rzeczowy. Świadectwo dokumentujące to osobliwe zjawisko wykwitłe w naszej przydomowej piaskownicy. Kwit zaświadczający o fenomenie, który swego czasu zdołał zawojować nawet Prosto, a którego teraz wydaje się, że nigdy nie uświadczymy, gdyż bezpowrotnie rozpuścił się w misce z gotowanym kurczakiem i torebką parabolicznego ryżu. Kękę z premedytacją wymazał z sieci kawał historii i wraz z To Tu podjął się próby wyjaśnienia swojemu fanbase'owi, dlaczego właściwie tak się stało.

A przynajmniej chcę wierzyć, że Piotrowi Siarze naprawdę o takie publiczne confessio chodziło. Gość, który całą swoją muzyczną karierę oparł na ślepej wierze w resentymenty powinien się bowiem liczyć z tym, że ci z jego materiałem w słuchawkach, najczęściej podobnie do niego plujący żalem do życia, nie zmienią się (stosując retorykę "starokękowską") z radykałów w miękkie kluchy ot tak – pstryknąwszy palcem. Jednak zamiast wyczekiwanej egzegezy podano nam bezpieczny żonkilizm. Narcyz z To Tu przegląda się w lustrze w minimum dwóch refrenach. Nie służy to jednak autorefleksji, a trąci megalomanią. Rapowe drogowskazy, które kiedyś gdzieś tam Kękę mimowolnie stawiał, zamieniły się w trudną do skonsumowania autobiografię zwycięzcy. Z gościa stojącego w kontrze do całego świata przekwalifikował się on na faceta mocującego się z coraz większym obciążeniem na gryfie. W samodoskonaleniu nie ma oczywiście nic złego, ale jeżeli zrobiłeś z siebie kontestatora pierwszej wody, będąc przede wszystkim (dla znakomitej większości słuchaczy) personą i ucieleśnieniem pewnych idei, to licz się z tym, że opuszczenie gardy, miękki fotel, kapcie i ciepłe keksy nie wszędzie smakują tak dobrze, jak w szeregowcu. Z rodziną pod ręką, oczywiście. Hipokryzji radomskiego rapera nie ma sensu już wypominać. Co najmniej dziesięć indeksów przed To Tu oswajał on swoich odbiorców w bardziej lub mniej przekonywujący sposób, że wrogie symbole i fetysze deprawującego konsumpcjonizmu zaczęły przenikać również do jego tekstów. Bo, jak sam rymuje, opowiada przede wszystkim o sobie, w zgodzie z własnym "ja". I na dzień dzisiejszy, przesłuchawszy kilkukrotnie jego najnowsze dzieło, nie rozpatrywałbym jej nawet w kategoriach lirycznej obłudy. Syndrom "dorastającego" Kękę to w zasadzie późne dojrzewanie każdego normalnego człowieka, które zazwyczaj przypada jednak nieco ponad dekadę wcześniej (w metryce). Uproszczona sansara bytowania. Od buntu, niemożności poradzenia sobie z wyzwaniami życia codziennego, przez ciche przyzwolenie na zastałą kolej rzeczy, po przyjęcie roli społecznej, do której nas pierwotnie predestynowano. Taką powszechną hipokryzję nastolatków przeobrażających się w dorosłych należy wybaczać. Gdybyśmy myśleli o reprezentancie Radomia w innych kategoriach, to w zasadzie można by powiedzieć, że gość na ostatniej płycie, z każdą kolejną linijką, sukcesywnie demitologizuje każdy stejtment stawiany w latach, w których nie rozstawał się z gorzałą. Moralizatorstwo w "Idzie Wiosna" jest tak nachalne, że strach pomyśleć, co Siara nagra na ten temat mając taki staż w niepiciu, jak choćby Peja. O, właśnie – poznaniak to znakomity przykład na to, że legitymizowanie poważnych światopoglądowych zmian rapera, który uzbrojony jest w zasadzie tylko w swój real-talk, jest możliwe. Bez straty skillsów i charyzmy.

W kwartale naprawdę przyjemnych rapowych premier w tym kraju, trudno będzie się przy To Tu zatrzymać na dłużej. Pomijając kwestię wewnętrznej rewolucji Kękę, krążek zwyczajnie nie przekonuje. Trudno wskazać jakiś jeden *ikoniczny* wers nawinięty ze swadą. Progres w wypluwaniu słów radomianin oczywiście w dobie trzeźwości odnotował, ale co z tego, kiedy niegdyś napompowane testosteronem deklamacje przeobraziły się w serię wyraźnych odruchów. Rap mechaniczny, jednostajny i zamrożony jak Han Solo. Styl woogie boogie chyba sam już zwątpił w swojego demiurga. Stąd częste spotkania z domatorstwem raczej nie elektryzują. Ktoś tam może wyciąć dobry refren Sarsy, sprawdzić zwrotkę Białasa, która w pewien sposób przeczy poprzedzającej ją szesnastce, ale zadowolenie wymaluje się tylko na OLiS. Kędzior zarzeka się w kilku wersach, że niby leci po nowych, niuskulowych podkładach, ale branża producencka akceleruje tak szybko, że przy powolnym oswajaniu przez niego świeżych trendów, prawie każdy bit brzmi wtórnie w stosunku do świeżości wysmażanych choćby przez gimbo-falę jutjubowych adeptów Abeltona i FL Studio. No i na koniec pozostanie ten cholerny problem targetowania swojej muzyki. Mentos rozsiadł się wygodnie w leżaku żoliborskiej Prochowni i jego bity płyną w zgodzie z wajbem upalnego lata w stolicy, a Ras zapomniał już nazw ulic w Lublinie, więc śmiało można powiedzieć, że są całkiem nieźli w uprawianej przez siebie warszawskości. Ojcostwo Pivota znakomicie trafia w gusta czytelników Wyborczej. Bonson nienagannie technicznie zmaga się z tymi samymi demonami, ale w zupełnie innym stadium życia i aż szkoda, że nikt nie pyta go, jak się trzyma, tak po przyjacielsku. Cwaniak Mes filozofuje tak pięknie, jak w czasach, w których razem ze Stasiakiem perorowali na temat negatywnego wpływu ziemniaków na ich dietę. Wreszcie Taconafide są tak odrażający, jak najgorsze reklamy wielkoformatowe. Wszyscy mają jakiś swój target, stricte rapowe przymioty wyróżniające ich na tle innych. Tylko jeden sam Kękę pozostał w komicznym rozkroku. Będąc transparentnym tekściarzem, który nie nakręca już swoich odbiorców, bez technicznych atrybutów. Może to złe dobrego początki, ale drżę w obawie, iż następny krążek radomianina będzie tym, na którym odkryje artystów innych niż 2Pac, zajara się literaturą piękną bez orzełka w koronie i ruszy w podróż z Markiem Kamińskim. No bo ile może trwać zachłyśnięcie samym sobą? Problem jest tylko taki, że tę niszę zaanektował już na wyłączność Bisz i jego pobratymcy. Trudno będzie znaleźć swoje miejsce w branży, oj trudno. Niemniej życzę wszystkiego dobrego i raz jeszcze – żeby było jasne – winszuję obraniu nowej, na pewno lepszej drogi życia. A że w jakiś sposób ucierpiał na tym polski hip-hop? Mówi się trudno. Są rzeczy ważne i ważniejsze.

Witold Tyczka    
28 marca 2018
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie