RECENZJE

Keith Fullerton Whitman
Playthroughs

2002, Kranky 9.1

Więc myślisz, że słuchasz muzyki, tak? Mp3? Świat idzie do przodu, te sprawy? W samochodzie w drodze do pracy, na ogólnym, na imprezie, przed wywiadem? Co zrobić, doba ma tylko 24 godziny, a 1/3 marnuje się na sen. Wsłuchiwanie się w skupieniu w każdą nabytą płytę mogłoby zakończyć się byciem rzuconym przez dziewczynę, wypadnięciem ze studiów i w efekcie rozpoczęciem przygody z wojskiem, a tam pan sierżant prawdopodobnie nie podzieliłby pasji poborowego. Oprócz prozaicznych powodów związanych z trudami egzystencji (studia, praca, wojsko, sztunie), większość wydawnictw nawet nie zasługuje na nocne sesyjki. Tylko dwa, może trzy razy w roku pojawia się taki album. Płyta, którą kupuje dwadzieścia tysięcy osób, a której tak naprawdę słucha najwyżej sto.

Playthroughs to ponad czterdzieści minut ambientowej medytacji stworzonej jedynie przez przetwarzanie dźwięków wydobywanych z gitary elektrycznej. Tak zwana "phasing technique", ani wyjątkowa, ani specjalnie prekursorska, przyczyniła się do powstania płyty co najmniej niezwykłej. Ambientowych krążków może sobie co roku wychodzić sto, nawet tysiąc. Pewnie każdy z nich zostanie opisany jako medytacyjny, rozmyślający nad ludzkim losem, etc. I dobrze, problem w tym, że postawione obok Whitmana nagle mogą wydać się śmieszne, banalne i mikroskopijnie mało znaczące. Złożoność większości z nich kończy się tam, gdzie Whitman nawet nie zaczyna. Kilka plumknięć, kilka szmerów: "Dziękuję, nagrałem płytę ambientową, do widzenia". Do widzenia. Mamy nowego mistrza.

To jest, proszę państwa, najprawdziwsza medytacja. Docieranie do zakamarków świadomości, kierowanie wiązki swojej uwagi na malutkie niuanse, kontemplowanie każdego najmniejszego drgnięcia powietrza. Brak pełnego skupienia przekreśla sens medytacji, tak samo jak przekreśla sens słuchania Playthroughs. I nie mówię tu nawet o potraktowaniu dzieła jako muzycznego tła, co całkowicie mija się z celem i powoduje, że słyszymy jedynie monotonne buczenie. Wtedy tego przesłuchania w ogóle nie było. W myśl tezy o Playthroughs będącej zapisem medytacji, najpełniejsza percepcja przychodzi wraz z czterdziestopięciominutowym wytężeniem zmysłu słuchu i wniknięciem w głębię, kryjącą się pod pokładami szumów i sprzężeń, nie natomiast próbą jakby całościowego ogarnięcia tych trzech kwadransów, wtopieniem się w dźwięk. "Urwał mi się film" – nie o to do końca chodzi, moim zdaniem. Subtelna (chociaż, czy ja wiem czy subtelna) różnica pomiędzy doznaniami transowymi, a medytacyjnymi polega na stopniu kontroli: całkowitym jej brakiem, "wyłączeniem się" podczas pierwszego i pełnej kontroli, głębokiej świadomości podczas drugiego. Oba te doświadczenia są w tym przypadku możliwe; każdy pewnie wybierze, które jest dla niego bardziej wartościowe. Dla mnie Playthroughs nie jest transem, jest medytacją.

Zgodnie z przyjętą teorią jednym z celów powinno być wyciszenie umysłu, zredukowanie hałasu. Nastrój tworzony jest przez czasami rozmyte, kiedy indziej drgające albo pulsujące szumy, nałożone na siebie techniką fal. Sposób wykorzystania sprzężeń przywodzi na myśl Fennesza, Whitman wiele też zawdzięcza tradycji minimalistycznej oraz klasykom No Pussyfooting i Evening Star duetu Robert Fripp-Brian Eno. Szczegółowa analiza pokazuje dodatkowo z jak fascynującą sferą tekstury brzmieniowej mamy tu do czynienia. Możliwość odkrywania kolejnych warstw, przeoczonych przy okazji poprzednich przesłuchań jest wspaniałą zaletą każdego albumu; tutaj stanowi nieodłączną część przygody. Sporą sztuką jest wyłowienie ledwo słyszalnej partii gitary (co prawda Playthroughs nie wykorzystuje żadnego innego instrumentu, ale prawie nigdzie nie brzmi to jak gitara), pobrzmiewającej na pewnym odcinku "Track3a (2waynice)", rozróżnienie najdrobniejszych turbulencji lub dostrzeżenie kolejnych wprowadzanych ścieżek. To muzyka niezwykle statyczna i cicha, jednocześnie trudno wyobrazić sobie rzecz bardziej frapującą. Dzieło polegające na kreowaniu nastroju i emocji, zarazem intelektualnie porywające.

Playthroughs jest albumem, który bardzo trudno wpasować gdzieś pomiędzy jedną płytę, a drugą. Absolwent Berklee Academy of Music (jego tytuł to Bachelor Of Arts in Music Synthesis) ze swoim pierwszym długogrającym wydawnictwem pod imieniem Keith Fullerton Whitman spojrzał na świat muzyki elektronicznej nieco przez pryzmat eksperymentalnej muzyki współczesnej. Dodatkowo materializując zniewalającą opowieść medytacyjną, wzbogacającą w pewien sposób jej odbiorcę. Razem tworzy to całkiem odrębną wartość.

Michał Zagroba    
23 grudnia 2002
BIEŻĄCE
TuzzaMoon Mood (EP)
HelmChemical Flowers