RECENZJE

Keith Fullerton Whitman
Lisbon

2006, Kranky 7.5

Whitman miewał od czasu nieziemskiego Playthroughs krótkie wzloty i nieco dłuższe przestoje lub upadki, tym bardziej cieszy więc to co ziomal Fullerton wyczarował w tym roku – trwającą niecałe trzy kwadranse ambientową suitę, będącą niewątpliwie dźwiękową podróżą w głąb jego szlachetnego jestestwa, duszy.

Goszcząc w programie lidera Ich Troje znany polityk opowiadał niegdyś o swoich muzycznych upodobaniach, deklarując że kiedy chce się uwolnić od tych przyziemnych spraw, wręcz odlecieć – słucha wtedy pieśni patriotycznych. Analogicznie, w dobie eskalacji cywilizacyjnych napięć (w czym, oprócz bezmyślnego spojrzenia prezydenta Iranu oraz rozentuzjazmowanego oblicza koreańskiej spikerki, fataliści przepowiadający rychłą atomową hekatombę upatrują przesłanek do żegnania się ze światem powoli) warto sięgnąć po ten cudotwórczo kojący, przywracający na kilkadziesiąt błogich minut poczucie elementarnej harmonii album. Duże słowa, ale mogę tak jeszcze z grubej rury: gdybym był kapłanem i przyszło mi gościć w świętym przybytku przerażonych parafian na godzinę przed końcem Ziemi, Lisbon wybrzmiałoby pewnie w miejsce concerto parafialnego organisty czy jakiegoś bestsellerowego oratorium – jedyna szansa by babcie z taką muzyką zetknąć też. (Inni zapewne obmacywaliby sprzątaczkę i ministrantów na zakrystii).

Inna perspektywa. Kompozycja (bowiem jest to jeden track) kreśli w niebywale misterny i wyrafinowany sposób zarys bujnego symbolicznego opowiadania, które odbiorca dowolnie wypełnia sobie treścią. Co ciekawe Lisbon potrafi zabrzmieć epicko, dramatycznie wręcz, jeśli na serio dać się ponieść nastrojowi i tej rozwikłującej kolejne wątki narracji, jednocześnie nie ulegając przeobrażeniu w patetyczne apokaliptyczne story. Nooo, z wyjątkiem ewentualnie końcowych fragmentów, gdy chłodne syntetyczne strumienie doganiają się i łączą w wiązkę z posępnym czarnym dronem. Poprowadzona elegancko dźwiękowa metafora tylko na krótki chaotyczny epizod w środku staje się zbyt dosłowna, całość polega na kreacji świata przepięknych wrażeń z sensem trudno uchwytnym, lecz odczuwalnym.

Spotykamy tu syntezę ambientowej aury z klasycznie minimalistyczną metodą powtarzania konkretnych figur (ich kształty zanurzone są we mgle, rozmiękczone jak wata w wodzie, przeto zdają się impresyjne) z pewnymi modulacjami rytmicznymi i przenikaniem się nawzajem tychże strukturek, prowadzącym do całościowych przeobrażeń. W stale obecnym (lecz metamorficznym) świegocie rezonuje gdzieś technika falowa Playthroughs, niewykluczone że przy jeszcze głębszych fakturach (yhy, bez jaj) i bardziej urozmaiconych nawarstwieniach – nie dziwota to jednak, skoro tam mieliśmy rozwałkowaną na wszystkie kierunki gitarę; tutaj paletę barw i instrumentów.

Podczas gdy wiele ambientowych malunków nasuwa podejrzenia bycia efektem sesyjki artystycznego onanizmu, Lisbon nosi znamiona rezultatu długiego procesu twórczego, co jest o tyle mylące, że nagranie to zapis zeszłorocznego występu, co z kolei może mylić podwójnie, bo ktoś jeszcze weźmie to za improwizację. Zresztą na przykładach nowego Whitmana i znakomitych poczynań Tima Heckera warto zaobserwować różnice między tym jak konstruuje się w wodnistym ambiencie odpowiednio przede wszystkim "kompozycję" – gdzie kolejna wejścia tematów logicznie rozwijają utwór – i "klimat" na pierwszym miejscu – tam taki niepozorny klawiszowy dwudźwięk może reprezentować plamkę, kałużę, chmurkę lub cos ulotnego, niekoniecznie posuwać całość do przodu. A tak po prawdzie trudno bez poważnego teoretycznego zaplecza dowodzić, w jaki sposób to się dzieje się, że u Whitmana wszystko jest na swoim miejscu, od tego są muzykolodzy, od tego oni są, od tego są oni. Dlatego koniec smętów, posłuchajcie i widzimy się na podsumowaniu roku.

Michał Zagroba    
9 listopada 2006
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie