RECENZJE

Kedr Livanskiy
Your Need

2019, 2MR 6.0

Sięgam uchem dwa lata wstecz, kiedy maj pachniał bzem i mleczami, nie psem i łzami. Utkana z wbudowanej abletonowej palety melancholia January Sun odtwarzała za oknem nieprzeżyte momenty, a mnie w sukience nie przebiegał dreszcz po łydkach. Popijałam na balkonie wodę z ogórkiem, nie chciało mi się palić, słuchałam "Sgoraet" i przewracałam strony mało interesującej książki, która wtedy wydawała mi się przeoczonym przez świat dziełem. Przewijam "Razrushitelniy Krug", "Winds of May", wracam do ich najładniejszych momentów, udaję, że to moje, udaję, że skrywam talent.

Ariadna pojawiła się u schyłku lata, w pełni mojej radości. Wakacyjna lekkość lała się z głośnika, a Kedr wołała mnie na pieszą wycieczkę przez wysokie trawy. A teraz znów przyszedł maj, na który czekałam, w którym tak odżywam. Rosjanka powróciła z longplejem, który, no cóż, wypadł jak ta wiosna. Jednak dzisiaj, 20 maja, wzeszło grzejące słońce, a ja nie wyrokuję Your Need porażki, bo są tu promyki, materiał na fillery do playlist o tytułach : "Piję lemoniadę", "Kwiaty kwiecą", "Trochę mi lepiej".

O pierwszych dwóch kawałkach na tej płycie ciężko się rozgadać. To te dni maja, w których nastrój zjeżdża mi w marazm. Opener jest mdły, na dworze za zimno na spacerek, w pokoju na stole czeka nudna książka o czymś, co mnie nie interesuje, ale nie umiem nie przyjąć rekomendacji. Kolejny "Sky Kisses" chce mnie do siebie przekonać, ale zbyt niewyraźnie mówi. Wydaje mi się, że słyszałam go już sto razy sto lat temu. A w telewizji znowu Przyjaciele i, z całą moją sympatią do tej uroczej szóstki - znam ich perypetie na pamięć, trochę ściszył się mój śmiech. TVN Siedem. Smerzcore. 2016.

"Why love" zaprasza mnie na ruską, ejtisową dyskotekę. Nie czuję się na tańce, lecz temperatura wzrosła o te dwa stopnie, mogę się przejść po dzielnicy, w której dawno nie byłam. Kedrowy wokal skrapla się zimnym deszczem, zawracam z tej nostalgii. Próbuje mnie chwycić, ale nie szarpie. Ciągnie za rękaw. Wiem, że bym została, gdyby była nieco bardziej stanowcza.

Idę zapalić z kumplami, jest parno. Z dymu wyłania się "Lugovoy" – deanbluntowy akcent, który chwilowo znieczula mnie na kaprysy wiosny. Fala oniryzmu (może trzecia, hehe) uderza dubowym subbassem, dym układa się w tymczasowo intrygujące figury, nie mogę przestać patrzeć, nie mogę przestać słuchać, ale muszę już iść, ktoś mnie woła.

Tempo poszło w górę, "Bounce 2" chwyta mnie za ręcę, kręcimy piruety w rytm dziewczyńskiego breakbeatu, ale wciąż nie bardzo chce mi się tańczyć. Może jednak wrócę oglądać tych Przyjaciół ? Podobnie jest, gdy Kedr mówi "Kiska", a ja mówię "Adela Kiszka" i jest 1:0 dla mnie. Po trzech piruetach przy poprzednim kawałku utwierdzam się w przekonaniu, że muszę wyjść z tej pokracznej domówki u znajomych znajomych. Nawet nie jest ciepło, nawet nie uśmiechnęłam się szeroko, nawet mnie nie omamiło.

Duszna noc odprowadza mnie do domu. Z braku energii nigdy nie wykrzesanej opadają mi powieki. Deep house’owa wariacja na temat miałkiego intro słodko koi mi nerwy po ostatnich rozczarowaniach. Na płycie wypada dobrze, lecz na tle gatunku, w porówaniu z chociażby Octo Octą, wieje nudą. Czy to nuda, czy upragniony relaks na kanapie, zaraz zasnę, zaraz zasnę, zaraz za…

Otwieram oczy, przez okno wpada mi złote światło słońca, które Kedr tak uparcie wywołuje w "LED". Czuję, że żyję, piję dwie szklanki wody, z dworu powiewa zapach kwiatów, jem szparaga, moje ciało świątynia, ale fajnie, na to czekałam, na słońce, słońce. Tak miało być. Zdecydowanie promyczek tego krążka.

Numer ósmy naładował mnie wiosną na tyle, że maj znów cieszy mnie w każdej swojej aurze. Z entuzjazem wchodzę w zachmurzone miejskie pejzaże. Dziewiąty "City Track" każe mi przyspieszyć kroku, podśpiewywać chwytliwe chórki. Rozglądam się z zaciekawieniem po mieście, które znam na pamięć.

Wyszłam poza granice osiedla, przygrywa mi "Ivan Kupala", czyli outro zdecydowanie lepsze niż początek albumu. "LED" z bajerami wieje ekstatycznym wiatrem i odpędza nim charakterystyczną dla Kedr melancholię. Zostaję w słońcu, jutro chyba też będzie ciepło.

Właśnie te trzy ostatnie numery (może też na upartego "Lugovoy") stanowią jasne punkty tej płyty oraz godne uzupełnienie upalnych playlist. Nie nazwałabym Your Need świetnym wydawnictwem, to raczej bezpieczny letniak, który prawdopodobnie przepadnie pośród wyrazistszych pozycji, ale dziękuję za te kilka minut w kilku chwilach ciepłego maja.

Natalia Jałmużna    
23 maja 2019
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019