RECENZJE

Kaz Bałagane
Źródło / Radio Gruz

2016, Step / self-released 6.3  /  7.1

Dwie tegoroczne płyty Kaza Bałagane, będące logiczną kontynuacją Lotu 022 pozwalają nam więcej powiedzieć o rozwoju najciekawszego obecnie rapera ocierającego się o mainstream (żeby uniknąć zaciemniających zestawień z efemerycznymi projektami w stylu Hewra, Mobbyn, LSO czy luźnymi trackami Rogala DDL). Etos pracy Bałagane (w tym roku powinien ukazać się jeszcze trzeci materiał, Hugo Bucc 2) wymusił podobieństwa - konstrukcyjne, narracyjne – między oficjalnym, hucznym debiutem a rzuconym własnym sumptem luźnym mixtapem. Mój etos pracy pozwolił mi z kolei posłuchać tych płyt w sporych odstępach czasu, na świeżo i  z dystansu, zupełnie jakby to były nie odsłuchy płyty, a ciamkanie nad długo leżakującą whisky reklamowaną przez Sokoła i Dawida Podsiadło.

Pierwszy materiał, Źródło, to legalny album wydany w opolskim Stepie – wytwórni tyleż zagadkowej, co kontrowersyjnej. Można powiedzieć – nie mającej dobrej prasy, a raczej nie mającej żadnej prasy, za to posiadającej olbrzymie zastępy nieoglądających się na "polityczną poprawność" fanów, oddolnie wypracowaną społeczność, której demokratyczny mandat – nie licząc oczywiście Popka – raczej nie ma co liczyć na uwagę fanów "więcej niż rapu". Nie mogę niestety precyzyjnie ocenić, czy słusznie – nie za dużo pamiętam z ostatnich płyt Sulin czy Zbuku, faktem jest natomiast, że spośród propozycji labelowych warszawiak wybrał jedną z mniej oczywistych, o konotacjach uliczno-gimbazowych (to nie zarzut), z drugiej strony taką, która zmiękczyła i ugrzeczniła Białasa. I faktycznie, pierwsze odsłuchy kazały mówić raczej o regresie i wygładzeniu brzmienia (zwłaszcza w stosunku do lo-fi serwowanego przez Młodego Drona, Amena Pacierzu’a i kolegów), jednak po czasie album broni się na tyle, że kruszenie kopii byłoby nie na miejscu.

Przy ponownym odsłuchu zaskoczył mnie oficjalny pierwszy singiel "Korpotwarze" – w chwili premiery stwierdziłem, że to już nie to i udałem się na studiowanie mądrych ksiąg. A jednak "W radiu Cię budzi muzyka ogólnych ludzi", czyli wers "w punkt" bez apologii banału, i każdy kolejny, wraz z hookiem, zarapowane przez dżentelmena, który co prawda w przeciwieństwie do wszechobecnych, osiedlowych opowiastek insidera prezentuje tu powierzchowność – ha! – bożyszcza ogólnych ludzi Taco Hemingwaya, składają się w całkiem orzeźwiający kolaż. Zamiast anemicznego nudziarstwa Marmuru mamy tu sunący, kryształowy (hehe) bit okraszony namacalnym, niemal obsesyjnym wkurwieniem na korporacyjny styl życia w głosie, i wypada to przekonująco, nawet jeśli na papierze zdaje się raczej wywieszeniem białej flagi przed socjologizującymi pseudoobserwacjami.

Jeśli chodzi o bity, słodkawe "Intro" czy "Klasa Robotnicza Albo Przypał" nie brzmią jak niekonsekwencja, przeciwnie, eksplorują podniosłe zakamarki Lotu. Produkcje Olka, Geezybeatza czy samego Bałagane to nadal syntezatorowa, narkotyczna, post-ratchetowa plecionka nie pozbawiona ładnych motywów ("Miejsca I Role", melancholijny, cloudujący podkład "Bloku"), i tylko chwilami przypominają, że mamy tu do czynienia z porzuceniem modelu współpracy raper/producent. Album zamyka hymniczne "Do Następnego", gdzie nieco ciężkawą warstwę muzyczną udaje się okiełznać dzięki udziałowi Belmondo, który rzadko komponuje już coś innego niż hymny, w przeciwieństwie do Małolata, który najlepiej wypada na brudnych pętlach i w kawałkach o innym napięciu, i który nie udźwignął ciężaru utworu o dobrze rokującym tytule "Klasa Robotnicza Albo Przypał".

Radio Gruz w stosunku do dosyć niesłusznie zlekceważonego Źródła wypada jak starszy, mądrzejszy i bardziej konsekwentny kolega. Późnonocne podkłady na schyłek lata to dzieło znanych już wcześniej kolaborantów, uzupełnione o kilka nowych twarzy – na szczególne pochwały zasłużył autor trzech mocnych bitów, Worek. Więcej tu jednak highlightów: nawiązująca do poezji Adama Grzelca ("czarna a nie szara mysz czeka najebana jak Falandysz") refleksja nad relacją między miłością do wykwintnego jedzenia a dekadencją upadającej cywilizacji Zachodu w "Chaczapuri" ("Chuj mnie obchodzi jakiś tam makaron / Wyjebało Ci bęben jak balon"), krytyka naskórkowych relacji w dobie social media w "Talerzowe love" ("Jeszcze były tu z kwiatami, weź sprzed oczu kurwa idź mi, olała tą pizdę, jej człowiek Tinder coś tam sobie gwiżdże"), opowieść o tym, że podróże kształcą w "Co Tam" ("kurs na lotnisko lecę do Peru lecę do Peru lecę do Peru kurs na lotnisko lecę do Peru lecę do Peru" w wykonaniu niepowtarzalnego Oyche Doniza), czy nawiązania do literatury w "Typowym Dżeksonie" ("chuj mnie obchodzi tu mordo jakiś murzyn / Haruki Murakami też / szczylu zamknij tą pizdę / wymyśliłem język, którym gadasz z kolegami"). Ale w przypadku każdej z tych płyt najważniejsze są przemycane nawet mimochodem miejskie historyjki, poparte autonomią językowego rejestru i artykulacyjną precyzją.

Nawet nieco przypałowy "Smak Życia" z Redem czy nudnawe zawodzenie Smolastego w "Brunetkach", czyli odpowiedniki "Ona To Chyba Lubi" czy drugiej części "Za Dalekiego Odlotu" nie zaburzają całościowego odbioru Radia. Niezależnie od przyjętej nomenklatury (EP, LP, mixtape), każda z ostatnich płyt Bałagane to pisane z dnia na dzień i nagrywane z nocy na noc, rozproszone dzienniki z życia między studiem a podwórkiem, przypominające bardziej stare mixtape’y Lil Wayne’a i Clipse, czy nowsze Future'a, Gucciego Mane'a czy Young Thuga niż panoramiczne powieści amerykańskie Kendricka Lamara. Liczy się jednak nie forma, a efekt końcowy, a ten pozwolił utrzymać Bałagane czołową pozycję w i tak bardzo interesującym polskim rapie spoza pola widzenia oszołomionych, liberalnych mediów.

Łukasz Łachecki    
24 listopada 2016
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie