RECENZJE

Kawałek Kulki
Kawałek Kulki

2007, Luna 5.7

Dokładnie raz na milion lat wyczekuję jakiejś płyty, jeszcze rzadziej wypatruję premier polskich. Trzy piosenki Kawałka Kulki tymczasem mocno mnie uwiodły jakieś dwa lata temu, i trzymały, i w zasadzie trzymają po dziś dzień. Demówki zgłoszone gdzieś tam do jakiegoś konkursu, wyróżniające się pokręconym niezal-popowym feelingiem…Byłaby z tego romantic story-historia gdyby nie mały zgrzyt na finiszu, czyli na długogrającym debiucie gorzowian.

Rzadko ochrzaniamy za nazbyt duże natężenie treści na metr kwadratowy a jednak tak właśnie mieni się podstawowy zarzut wobec K-Q. Na przestrzeni tych czterdziestu minut do czynienia mamy bowiem z ciągłą spiną by coś się działo, nieustannym mieleniem melodii, nerwowym przyspieszaniem, skręcaniem, wirowaniem…To wszystko oddala grupę od poskładanego popu, w którym pewnie brzmieli by najciekawiej i – w Polsce - najoryginalniej. Wczoraj podczas joggingu (erm biegania?) wypadły mi na 60 sekund słuchawki z uszu (na aż tyle bo jednocześnie trzeba było przypiąć dobrego psa no i kwestia lepszego umocowania szalika żeby nie wiało). Po ponownym ich podłączeniu do zestawu, mimo osłuchania z materiałem, nie byłem w stanie rozpoznać czy jesteśmy w tym samym numerze, a może już w następnym? Profesor wykładający song-writing powiedziałby, że zabrakło przy składaniu tych piosenek spójności i naturalności, co doprowadza do efektu odwrotnego od zamierzonego – powtarzalności. Rzeczywiście, innymi słowy to tak jakby końcową strzelankę Wściekłych Psów rozciągnąć na dwie godziny i zastąpić nią wszystkie inne sceny filmu. W połączeniu z bardzo jednorodnym brzmieniem (ta sama wciąż gitara, to samo dublowanie wokali itd.) rodzi to niewątpliwie duży feler. Momenty, gdy grupa na chwilę spuszcza ciśnienie i gra dla chill outu (jak w "Świat Zasypie") a nie dla wskaźnika ilość motywów na minutę – należą do bezapelacyjnie najwznioślejszych na krążku.

Swoją drogą dziwna to przypadłość w kraju, gdzie przyczyną porażek większości zespołów w pogoni za dobrą piosenką jest właśnie odwrotne celowanie w "klimat" a nie w "treść". Kolejną niespodzianką jest fakt, że mimo poważnej usterki, Kawałek Kulki funkcjonuje całkiem nieźle, a gdy porozmawia się z każdym utworem na osobności, a nie ciurkiem w rzędzie jak generał na inspekcji – jeszcze lepiej. Poza closerem zespół ani na moment nie sięga gówna, broni się nawet nie ciułaniem harmonii, przyjemnymi akordami czy niegłupim korzystaniem ze skrzypiec, a anty-polandem. Pidżamowej perkusji – zero, inspirowanego Vedderem wokalu – zero, szczerej rockerki – zero, kompromitujących tekstów - zero. Chciałoby się powiedzieć – czego jeszcze chcieć? Nie ale serio, odpowiednio piona i żółwik za pierwszy hook "Cola Lego" oraz budowanie napięcia singlowego "Kolegi Tata". Oparte zawsze o próby tworzenia intrygujących brzmieniowo zbitek wyrazów teksty nie odkrywają Prawdy, ale też jakoś dają radę, nie kwasząc jak już wspomniałem zdaje się ani razu.

Z drugiej strony najlepiej by było chyba jeszcze poczekać z longplayem – zespół nabierając piosenkowej wprawy wyrósłby z kozactwa, poszerzył choć trochę brzmienie (zbliżając się wtedy do Kobiet, no no) a i może znalazłby się wydawca będący w stanie taki – już wówczas w pełni wartościowy - album godnie wypromować. Bo przyznajmy, że na dziś dzień szerzy się w temacie Kawałka Kulki potworne niedoinformowanie – koniec końców niesprawiedliwe.

Jędrzej Michalak    
29 grudnia 2007
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja