RECENZJE

Katy Perry
Teenage Dream

2010, Capitol 4.8

Tam, gdzie pojawia się charyzmatyczna postać pociągająca za sobą tłumy zazwyczaj szybko pojawia się inna, przeważnie dysponująca trochę odmiennymi walorami a my, widzowie takich rozgrywek, mamy poczucie uczestniczenia w dziejowym pojedynku. Zwłaszcza w muzyce pop pełno jest takich przykładów – Jacko vs. Prince, Xtina vs. Britney – to nie tylko te, które najszybciej przychodzą mi do głowy, ale też te najbardziej fascynujące. W 2010 sytuacja wygląda tak, że po jednej stronie mamy zuchwałą prowokatorkę Lady GaGę, która nawet mięsa pokazać się nie boi, i Katy Perry, która w zaistniałej sytuacji dosyć naturalnie prezentuje się jako opozycja wobec wyzywającej Germanotty. Oczywiście czynnikiem decydującym w tego typu starciach nie jest żaden tam poziom artystyczny, tylko umiejętność porwania za sobą większej ilości ludzi, stąd też najbardziej liczą się indywidualne predyspozycje odbiorców, które to pozwalają im mniej lub bardziej identyfikować się z którąś ze stron. Te pojedynki często bywają starciem elementarnych światopoglądów – pojedynek Britney z Christiną opierał się głównie na odwiecznym starciu niewinności z promiskuityzmem a to, co oglądamy dzisiaj, jest w pewien sposób powieleniem tamtych schematów. Z jednej strony mamy wyuzdaną farbowaną blondynkę GaGę, która pokazuje wszystko-wszystkim, nie wstydzi się pierwotnych instynktów, jest zupełnie bezpruderyjna, a z drugiej Katy, ciemnowłosą córkę pastora, która zaczynała swoją karierę od muzyki gospel. Specyfika dzisiejszych czasów sprawia, że różnice światopoglądowo-stylistyczne między tymi artystkami nie mogą być już tak wyraźnie zarysowane jakbyśmy sobie tego życzyli, ale przy dokładniejszym rozpoznaniu tematu widać, że mamy do czynienia z dwiema kompletnie różnymi, fascynującymi na swój sposób, postaciami. Jasne, można się pewnie kłócić, że gdzie tam Perry i niewinność, bo to w końcu ona śpiewała takie piosenki jak "I Kissed A Girl" czy "You’re So Gay", ale jak się wgryźć w cały temat, to poza prowokującymi takie a nie inne skojarzenia tytułami te piosenki nie pociągają za sobą odpowiednich treści. Jakkolwiek śmiesznie wyglądające w tym kontekście posądzenia o homofobię też nie wzięły się przecież z powietrza, a postawa samej wokalistki w tych tematach diametralnie różni się od zachowania aktywnie walczącej z wszelkimi dyskryminacjami, nowej "ikony gejów", Gagi. Całość sprowadza się do tego, że Germanotta nie pozostawia zbyt wiele wyobraźni a Katy raczej stawia na pewne niedopowiedzenia.

Różnice artystyczne między nimi też łatwo wyłowić już na pierwszy "rzut ucha". Perry wychowała się na Jagged Little Pill, Joan Jett i muzyce kościelnej a Gaga na glam rocku i Madonnie. Znajduje to przełożenie na ich dzisiejszą twórczość, albowiem to Lady nie boi się przełamywać stereotypów i tworzyć czegoś, co trochę wykracza poza utarte schematy (nawet jeśli o poziomie artystycznym tych nagrań mam mocno krytyczne zdanie), natomiast córka pastora jest w tym wszystkim o wiele bardziej zachowawcza. Niewykluczone, że nauczyła się na własnych błędach, bowiem próba wytyczania szlaków w maintreamowym popie w postaci "I Kissed A Girl" niejednego redaktora Porcys (w tym niżej podpisanego) doprowadziła do wymiotów. Tam wszystko było nie tak – płaczliwa narracja, nie-wiadomo-do-czego prowokujący tekst, żenujący chorus… Naprawdę ciężko uwierzyć, że ktoś taki jak Dr. Luke mógł przyłożyć do tego rękę. Ale wróćmy do meritum, bo nad One Of The Boys nie ma się co rozwodzić – to zły album, na którym trafiają się wprawdzie jakieś przebłyski świadomości, ale jest ich zdecydowanie zbyt mało bym mógł to łyknąć w całości. Natomiast Teenage Dream oferuje tych przebłysków zdecydowanie więcej, ba, śmiem twierdzić, że tak dobrego kawałka jak tytułowy Perry prędko się nie doczeka, chyba, że jeszcze kiedyś zdecyduje się postawić odważniej na teen-popowe konotacje. Wiadomo, że musi się spieszyć, bo wieku nie oszuka, ale jakkolwiek by na to nie spojrzeć, to nastoletnia dusza "Teenage Dream" jest jednym z fajniejszych nawiązań do muzyki tego typu jakie słyszałem w mainstreamowym popie ostatnich lat. Być może wstyd się przyznać przed milionami słuchaczy, ale dzisiaj to 7.0 z playa nieznacznie bym podbił, bo ta piosenka przez wakacje jeszcze zyskała w moich oczach. Już pomijam fakt, że znam tekst na pamięć i doznaję jak głupi za każdym razem kiedy usłyszę przypadkiem w radiu, ale ilość elementów budzących moją radość w tym kawałku do dziś mnie zdumiewa. Niestety, tak jak nieśmiało wieszczyłem we wspomnianym playliście, Katy na swoim trzecim długograju rzadko trafia z podobnym skutkiem.

Kolejny raz życie uczy nas, że nazwiska nie grają. To znaczy pewnie i trochę grają, ale po producentach pokroju Lukasza Gottwalda i Tricky Stewarta należy spodziewać się lepszych rzeczy niż przeciętnizny w stylu większości materiału na Teenage Dream. Niemniej ceniąc czas czytelników pozwolę sobie przejść do pozytywów – poza dwoma pierwszymi singlami fajne jest utrzymane w równie nastoletnim duchu "Last Friday Night", ciekawostką są też dwa kawałki od Grega Wellsa, w których Katy brzmi trochę jak Regina Spektor (zwłaszcza w closerze). Zwrotem "epic fail" należy za to skwitować wokale Perry w "Who Am I Living For?" – tu powraca koszmar znany z "I Kissed A Girl", artystka znowu nie wiedzieć czemu chce tu robić dramat a efekty są strasznie przerysowane i na swój sposób komiczne i aż szkoda, że tak dobry podkład Stewarta poszedł na marne. "E.T." to nudne popłuczyny po t.A.t.U i kolejny przykład na nietrafione podejście wokalne do tematu a "Firework" brzmi jak odrzut z nowej płyty Kelis, chociaż refrenowi nie można odmówić względnej chwytliwości. Na temat prostackiego "Peacock" nie będę nawet strzępił klawiatury, bo szkoda nerwów.

Generalnie nie jest to tak dobry album jakbym sobie tego życzył, ale sami wiecie, na bezrybiu i rak ryba. Katy Perry zalicza wyraźny progres w porównaniu do One Of The Boys i jeśli wyeliminuje kolejne mankamenty, to może przy kolejnym albumie będę mógł z czystym sumieniem postawić obok szósteczkę. Nie postawiłbym na to wielkich pieniędzy, ale zamierzam trzymać kciuki, bo nie będę ukrywał, że w tym, być może trochę sztucznie wykreowanym przeze mnie, korespondencyjnym pojedynku z Lady GaGą bliżej mi do Perry, która zjednuje sobie moją sympatię nie tylko niebanalną osobowością, ale i urokiem osobistym (no kaman, te gimnazjalistki w pierwszym rzędzie, ajj), bo bądźmy szczerzy – wokalistka z niej raczej marna. Nie zamierzam nikogo zmuszać do wybierania spośród tej dwójki, ale chyba fajnie mieć gwiazdę pop, której można w jakiś tam sposób kibicować?

Kacper Bartosiak    
15 września 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy