RECENZJE

Katy B
Little Red

2014, Columbia/Rinse/Sony 6.0

Katy B już dawno potwierdziła status maskotki Brytyjczyków, wydając z Markiem Ronsonem kawałek towarzyszący igrzyskom w Londynie i wspólnie pozując do zdjęć z Michelle Obamą niczym książęca para wyspiarskiego popu. Potem pojawiła się mini-sesja dla Vogue, wykrystalizowało kilka patronatów, a niedawno Little Red zdominowało brytyjski albums chart, co dużą niespodzianką zresztą nie było. Można przyjąć, że dziewczyna obraca się po większej orbicie niż przeważająca część skojarzonych z nią rodzimych artystów, ale jakkolwiek by było, pytanie czy sam materiał nowego albumu jest pierwszorzędny warte jest odpowiedzi przede wszystkim przez wzgląd na solidny chleb razowy wielokrotnego użytku, jakim był On A Mission. Przy całej swojej zachowawczości debiut Kathleen Brien funkcjonuje jako landmark (nie mylić z przełomem) we współczesnym dance-popie, zarówno w związku ze swoimi stosunkami z tak zwaną ulicą, jak i dzięki dużej ilości dobrych momentów jako takich, szczególnie refrenów, które moim zdaniem znacząco wynagradzały niedociągnięcia płyty. I mimo że Little Red mierzyć trzeba już w trochę innej skali, po follow-up’ie można było oczekiwać co najmniej utrzymania tej przebojowości. Owszem, wygląda to znacznie lepiej od strony produkcyjnej, ale brakuje wyrazistych akcentów czy piosenkowej zwartości, zwłaszcza, z pewnym wyjątkiem, w drugiej części tracklisty.

Ale nie wychodźmy z takim wnioskiem przed szereg. Trzeba bowiem zwrócić uwagę na rzeczy, które się tu wyróżniają, a tych jest przecież całkiem dużo. "Next Thing" jakby od Azari & III – generalnie obiecujący początek, ale jeśli numer porównać do "Reckless (With Your Love)", to jednak słabsze, już pomijając, że do wokalistki przyczepiło się jakieś nieprzyjemne charczenie. Podsumowując – może nawet banger. Za to "5 Am" zdaje się cofać do czasów debiutu. Podoba mi się zwłaszcza podwinięta, podbudowana wysylabizowanym staccato melodia refrenu oraz śpiew Katy. Błądzą ci, którzy przypisują absolwentce BRIT School (to moment, w którym kończą mi się określenia, więc niedługo będę zmuszony odnieść się do koloru włosów) jakieś wyjątkowo głębokie pokłady wokalno-interpretacyjne. Bezpośredniość to według mnie jej główna zaleta, co znajduje uzupełnienie w “Aaliyah” z udziałem, a jakże, Jessie Ware. Jest bardziej zmysłowo, ale żeby nie oceniać piosenki po wokalu, trzeba podkreślić, że ten znany z Danger EP kawałek mocno daje radę również swoim oszczędnie wzbogacanym przebiegiem. Numer czwarty sugeruje zaś zapędy mocarstwowe. Efekty i synthy w tle funkcjonują niekiedy podobnie do zgaszonych wyładowań w “I Am Sold” Blake'a, niemniej jednak chodziło raczej o uzyskanie maksymalizmu jak na Beyoncé. Nie do końca mnie numer przekonuje, ale na pewno ma dobrą końcówkę. "I Like You" zaś budzi skojarzenia z Lawrence'ami – wszystko jest tu raczej jasne, chociaż oni zrobiliby to pewnie lepiej. Zbliżając się do niewątpliwego highlightu albumu, podpowiem, że dookoła niego może nie jest wybitnie, jest w sumie całkiem dobrze, chociaż te piosenki szybciej ulatniają mi się z pamięci. "Tumbling Down" uderza pod r'n'b – ktoś wcześniej zasugerował, że Sugababes, "Sapphire Blue" nie utrzymuje napięcia, a pracujący przy nim Jacques Greene przecież to robić potrafi, natomiast komentowane na każdym kroku "Emotions" jest wprawdzie spełnieniem marzeń ATB, ale nie ma mowy o stanowczym odwracaniu się od tego kawałka. Palec i tu nie domaga się skipowania, i istnieje szansa, że zwyczajnie się mylę, nie doceniając tych utworów. Ale wracając do wspomnianego highlightu, numer z Samphą, jak zauważył Wojtek, jest trochę jak od Thundercata. Ja dodam, że nie miałbym za złe rudowłosej Angielce (a nie mówiłem), gdyby album miał więcej takich nieoczywistych indeksów. Od razu chwyta nieregularny klawiszowy dwudźwięk w srebrnej politurze, podbijany ochoczo na bicie. Refren pogrąża się w cieniu i ściszonym wyciu syren, wchodzą clapy, umykające chórki, z zakamarków dobiegają zglitchowane piszczenia. Zwrotki dają się równo prowadzić obu wokalistom. I znów – Greene też mógł dać spróbować Katy czegoś dla niej nowego.

Tymczasem niedobór kandydatów na single, którymi raz za razem raczył nas poprzednik, to jedna kwestia. Optyka zmieniła się dzięki wzrostowi popularności, która zaowocowała podjęciem bardziej zdecydowanej próby dotarcia z muzyką na radioodbiorniki ("Emotions") oraz na ziemie jankeskie ("Crying For No Reason", "Still"), gdzie Katy obu nóg twardo jeszcze nie postawiła. W rezultacie płyta stoi niejako w rozkroku: między klubowością i radiowością, prowadzącym na manowce nadentuzjazmem i nijakością, dwudziestym i dwudziestym pierwszym wiekiem. Jakby chciała trafić do możliwie najszerszego grona odbiorców, od londyńskich imprez, przez konserwatywne stadiony zamykające uszy na wszystko, co nie nosi śladu teutońskiego edm'u (swoją drogą niektórzy wykształcili zdumiewającą umiejętność olewania numerów, których autorzy nie noszą dosadnego przegłosu na u i y w nazwisku, choć te byłyby identyczne), po target billboardowy. Mieliśmy to wszystko i trzy lata temu, ale wtedy było jakoś fajniej i myślę, że tamte piosenki będzie się lepiej pamiętać przy okazji longpleja numer trzy.

Krzysztof Pytel    
4 marca 2014
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie