RECENZJE

Kaseciarz
Surfin' Małopolska

2011, self-released 6.4

Kaseciarz wyskoczył ze swoim bandcampem nagle i niespodziewanie, ale już na starcie udało mu się przetrzeć wiele dziewiczych dla miejsca i czasu szlaków. Pod pseudonimem kryje się krakowianin Maciej Nowacki, a jego "dziadostwo", które serwuje na debiutanckich plikach ma szansę oficjalnie stać się rodzimym odpowiednikiem shitgaze. Faktem jest, że Kaseciarz wzoruje się na wielu aktualnych brzmieniowych trendach ze Stanów czy Australii, ale w przeciwieństwie do przewagi młodych polskich zespołów nie robi tego pożal-się-boże nieudolnie, tylko w możliwie najbardziej kreatywny – jak na obecną erę recyklingu – sposób; w efekcie mamy do czynienia z płytą, która BRZMI naprawdę zajebiście.

Tak jak nie jest to typowa argumentacja, do której przywykli stali czytelnicy Porcys, tak zaznaczenie powyższej kwestii wydaje mi się w tym momencie istotne. Dużo mieliśmy w dwa tysiące jedenastym dobrej polskiej muzyki, ale – z wyjątkiem może Kamp! – żadna nie potrafiła dorównać Surfin' Małopolska w umiejętności nawiązywania dialogu z zagranicznymi prowodyrami swojej odpowiedniej dźwiękowej niszy. W przypadku Kaseciarza poletkiem tym jest punkt styczny surf rocka (którego nikt chyba wcześniej w Polsce nie uprawiał), amerykańskiej garażówki i niezal-rockowego undergroundu z przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Wpływy te mieszają się wyśmienicie na dobrą sprawę w każdej części albumu, dla urozmaicenia zmieniając tylko proporcje w poszczególnych kawałkach.

I tak otwierający "Goin' Surfin'" umieszcza standardowy instrumental Linka Wraya na bicie automatu perkusyjnego, którego intensywności nie powstydziliby się Big Black. "Ice Cream" odpowiada za to na hipotetyczne pytanie, jak brzmiałyby co bardziej popowe utwory Ducktails, gdyby Matt Mondanile wychował się na Hawajach, a nie w Ridgewood, New Jersey. Kawałek o największym potencjale na hit to tymczasem "Warsaw, Indiana" (czyżby nawiązanie do American Teen?), którego melodie znajdują się mocno w okręgu lo-fi wczesnych lat dziewięćdziesiątych, a pełne reverbu gitary przypominają o najbardziej radio-przyjaznych garażówkach roku ubiegłego (od Harlem po Best Coast). Świetny "Ciechocinek" kontynuuje tego typu sznyt (choć z większym współczynnikiem surfu), a hipotetyczna Strona A kończy się przemiłym instrumentalnym ambientem "Sputnika".

W drugiej części albumu Kaseciarz kombinuje, lecz bezbolesne eksperymenty nie odstają od reszty płyty. Wstępem do "trudniejszej" strony krążka jest nieco awantowy (przynajmniej ze względu na perkusję) pop "Motylka", podczas gdy psychodeliczny "Mono" znajduje się już u progu drone'u. Poprzedzony zabawnym eksperymentalizmem "Potomkowie RAdo", całość wieńczy utwór, który brzmi niczym zaginiony jam Sonic Youth z ich wczesnego repertuaru. Nie było dla mnie w tym roku ciekawszego, stricte-gitarowego grania w Polsce.

Patryk Mrozek    
30 listopada 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie