RECENZJE

Kanye West
Yeezus

2013, Def Jam 7.9

BD: Sądzę, że dla tekstów na Yeezusie należałoby otworzyć nowy rozdział w hermeneutyce muzyki popularnej, jakieś nowe narzędzia zdolne objąć nowe formy życia... w sensie nie wydaje mi się, żeby patrząc na nie w tradycyjny sposób można było je w ogóle odpowiednio docenić. Nie wiadomo co tam jest żartem i prowokacją, co debilizmem, co przejawem geniuszu, a co wstrząsającymi rozkminami nt. kondycji świata (prawdopodobnie wszystko jest wszystkim naraz - i to ich największa wartość). Ale nie podejmuję się też żadnych studiów analitycznych – ledwie dzielę się przeczuciem.

Z kolei co do producenckiej kreatywności, to KW siedzi sobie na takiej pozycji, że nic nie musi.. a jednocześnie jest nadal mega ambitny. Ten aspekt olewki i spontanu przy klejeniu tych chorych bitów na poczekaniu jest TAK ŚWIEŻY, że nie wiem. West kreuje wraz z doborową brygadą awangardzistów coś z pogranicza dwóch jakości – w teorii niby każdy może w 3 minuty złożyć tak sample, a jednak... nikt poza nimi nie umie. Nikt tak nie myśli płaszczyznami, rejestrami, barwami, nie spaja biegunowo odległych źródeł dźwięku w coś tak koherentnego i zarazem odpowiednio "edgy". Czyli czuję podskórnie, że to są surowe bity gościa, który mógłby robić (i już robił dawno) najbardziej misterne bity świata. 

Problemem typa pozostaje przestrzelona kanonizacja sprzed 3 lat. Ale imho kiedyś w końcu krytycy skumają, że rozwlekłe i nudnawe "arcydzieło logistyki" (czytaj: rozplanowania gościnnych występów) Twisted Fantasy nie było żadną dziesiątkową płytą, a bardziej eventem popkulturowym, integrującym jakąś część sceny i sporą część słuchaczy. A bezbłędnie wyedytowany Yeezus (zero dłużyzn, każdy track z własnym, charakterystycznym obliczem) tylko nabierze znaczenia. Wojtek nazwał go chyba "epicentrum informacyjnej paranoi" (coś w tym guście) i mogę tylko przyklasnąć. Stawiam, że na niektórych listach płyt XXI wieku Yeezus przeskoczy poprzednika już za dekadę – nie dlatego, że mi się znacznie bardziej podoba, ale dlatego że znacznie lepiej oddaje ducha epoki i jest gołym okiem równiejszy materiałowo.

MJ: Dawno w mainstreamie nie działo się nic tak rześkiego. Obsesyjny artysta, dizajner i pener po głośnej tylko w kręgach krytyków swojej poprzedniej płycie w końcu zatrąbił całą swoją midasową trąbą. Nic nie ujmując My Beautiful Dark Twisted Fantasy, była dość łatwa do ogarnięcia. Nieproporcjonalna do ambicji rozmiaru Jowisza, jaką emanuje West, jeszcze do niedawna król fonograficznych wiewiórek i ciepłych kolaboracji, teraz nowy mesjasz popu. Dopiero w 2013 w końcu "rozjebał system". "Narobił bigosu". "Rozpłakał się nad nierozlaną kawą". "Policzył powyżej dziesięciu". "Sięgnął krową ponad dół". Innymi słowy – zrobił na swojej płycie rzeczy, o jakich śniło się do tej pory mało komu. Zebrał nieprawdopodobną drużynę i zbudował z nią album bez odniesień do bieżących w mainstreamie trendów. Zainkorporował nurty bardziej z dupy, niż jego rozliczne wpadki medialne. Można się spierać o interpretacje, ale "pewno jest jedne": Kanye znów zaskoczył recenzentów. Tym razem dostarczając dzieło na tyle chropowate, że rodzą się wątpliwości, jak je w ogóle sklasyfikować. Oczywiście można sobie nimi najwyżej otrzeć łzy śmiechu, bo wciąż stąpamy po tym samym, rozrywkowym gruncie. Tylko przebudowanym od piwnicy po niebiosa [tu nawiązałem do tytułu płyty i teologicznych na niej rozkmin, tym samym zwalniając się z obowiązku pisania o nich dalej].

Wątek budowy w słuchaniu nowego Westa sprowadza się do jednej rzeczy: Kanye wyszedł i pokazał wszystkim swojego betonowego chuja. Spokojnie można założyć fanpage "Muzyka brutalistyczna" i wklejać tylko fragmenty Yeezusa, bo eksperyment z hałaśliwą surowością na granicy wydolności głośników zdał egzamin. Rozpikselowany industrial jest tu prezentowany słuchaczom tak naturalnie, jak tylko się da: jako chrobocząca, zacinająca się sekwencja dźwięków (muzyka studyjna jako żywy materiał, twarde dane, a nie jakieś abstrakcyjne gówno) mających coś tam wyrażać. Jakiś wkurw czy coś. Gościnnych wokali jest mnóstwo i wszystkie – oprócz tych autorstwa gwiazdy wieczoru (Kanye zawsze pozostaje na pierwszym planie; Vernon coś tylko mamrocze w "I'm In It", albo kto i co pod koniec "Guilt Trip", nie wiadomo) – są potraktowane jak instrumenty. Chrobot i tło, chociaż dość różnorodne. Inżynierowie postarali się, żeby piosenkowe elementy układanki, których wcale nie brakuje, rzeczywiście były tylko elementami, samplami traktowanymi jak ciało obce. Pogrzebana gdzieś w miksie kulminacji "Blood On The Leaves" pętelka Niny Simone z jej "Strange Fruit" czy trzaski w "Bound 2" pokazują to najlepiej – to przebłyski z zupełnie innego uniwersum, wklejone w nagi beton ekrany z kojącymi filmikami o uczuciach. Men catching feelings like bitches. Jest to jakieś wizjonerstwo, nie można tego odmówić, ale pamiętajmy przy tym, że typ wciąż jest prawdopodobnie największym gamoniem w tym biznesie. Jakim cudem działa jego niemożliwa intuicja doboru punchline'ów (choćby znane już przez wasze matki buńczuczne "Hurry up with my damn croissants" czy "Staaaar / Fucker" pana z Bon Iver), nie mam pojęcia. Ani jakim cudem ta przyziemna warstwa na poziomie memów z kotami w kosmosie tkwi spójnie w tym wszystkim. Inni wam powiedzą, że mają, ale bezbłędna egzegeza Yeezusa dopiero ma powstać.

AG: Kanye West jest skończonym bucem, co niektórym może przeszkadzać w uczciwej ocenie jego dorobku – mi też czasem przeszkadza, ale staram się wtedy pamiętać, że jedne z najważniejszych dla mnie postaci w historii muzyki popularnej były bucami znacznie większego kalibru (James Brown, R. Kelly). Pamiętam, że już o My Beautiful Dark Twisted Fantasy mówiło się, że to taki "pojebany" album Kanyego – w odróżnieniu od klasycystycznej trylogii szkolnej i głupotek, które nagrywał później. Jeśli wciąż tak uważasz, to nie wiesz nic (Jonie Snow). Yeezus wyznacza zupełnie nowe standardy szaleństwa dla muzyki głównego nurtu.

W odniesieniu do yeezusowych bitów używa się często słowa "minimalizm", ale to ten rodzaj minimalizmu, na który pozwolić sobie mogą tylko ludzie bardzo bogaci. Zupełnie jak w życiu, najbardziej spektakularnymi gestami u Kanyego bywają te najdrobniejsze: sampel z trójkowej Listy Przebojów Wszechczasów wtłoczony w "New Slaves", z jednej strony zupełnie bez sensu, a z drugiej nabrzmiały sensem jak wzornictwo barokowe. Tąpnięcie bitu w "Blood On The Leaves" – prosty trapowy chwyt, który jednocześnie dostarcza najbardziej ekstatycznych dwóch sekund tegorocznego popu.

Okazuje się, że ci, którzy uważali, że zmiany w dystrybucji muzyki w ostatnich latach – przez co rozumiem ściąganie empeczy – doprowadzą do artystycznego konformizmu i ujednolicenia stylistyki, nie mieli racji. To podnoszący na duchu fakt, a Kanye West jest jego prorokiem - co z tego, że bucowatym.

FK: Yeezusa sobie odrobinę ułożyłem w głowie po trzech dniach bezustannego katowania płyty w samochodzie, a robiłem wtedy ciągłe trasy. Bezwiednie nauczyłem się więc tych 40 minut, z eleganckim pominięciem zamykającego całość pre-Yeezusowego odprysku, do którego nikt mnie nie przekona. Nie załapałem się na kult Kanye'ego, wciągałem fragmenty z jego trzech pierwszych płyt, a poza tym miałem go za tumana (czekam na kamień, stoję i czekam, bando cwaniaków), tutaj jednak nie mogłem zrozumieć nic. Olśnienie przyszło wraz z tym ficzurem na PFM, w którym znalazły się dwa jakże istotne fragmenty: (1) ”Black Skinhead” miał nie wejść na płytę, bo przypominał stadionowy kawałek, (2) Noah Goldstein o historii najsłynniejszego wersu: Actually, "hurry up with my damn croissants" was one where I was like, “Are you really sure you want to say that?” And he’s like, “Yes! That’s staying in!”. I, choć patos ssie, to jednak określenie *artysta* pasuje do Kanye'go jak frytki do big maca.

Tak – "Skinhead", po wymianie wokali, nada się na hymn każdego z nadchodzących mundiali, za dwie dekady pewnie będzie najczęściej samplowanym kawałkiem w historii i właśnie Z TYCH POWODÓW miał nie wejść? I mówi to nie banda przypadkowych pryszczatych okularników spod Seattle, tylko jeden z dziesięciu najpopularniejszych wykonawców na świecie. Ale nie, wiecie, jednak wyjebujemy to, bo nam nie pasuje do wizji całości. W zamian wsadźmy więcej zgrzytu, pisku i reggae, zróbmy płytę na granicy niesłuchalności. Jasność wizji poraża. Przepiękna sprawa. Ale jeszcze piękniejsza jest kwestia rogalików – taki Lamar genialną zwrotką w "Control" trzęsie całym hip-hopowym światkiem, a West, od tak rzuconym, głupkowatym rymem, prowokuje cały ŚWIAT. Fajnie, jak ktoś ma warsztat, a jeszcze fajniej, jak ma wyczucie mas. Przecie są na Yeezusie fragmenty, których z definicji nie da się przełknąć – rozciągnięta w nieskończoność końcówka "Blood On The Leaves", "Send It Up", które brzmi jak koncert na schody, poręcz i zepsutą windę, każdy wers "I'm In It”. A jednak znam to wszystko na pamięć, a i wy to znacie. No ale to jeden aspekt.

O tekstach napisali pewnie ci powyżej – afazyjna pop-refleksja nad rychłym końcem świata z dodatkiem seksu, koksu i wódy. Na początek się śmiałem, teraz trochę płaczę. Wpisanie tego w szerszy kontekst – jak pomysł na skórzane spodnie do biegania, wpisanie Boga do Spotify, beef z Kimmelem, klip do "Bound 2" to nie jest gra z mediami społecznościowymi i naiwnymi twórcami portali plotkarskich – to wyzwanie rzucone współczesnym mędrcom. Egzegezy się nie podejmę, wolę opowiadać to rodzicom jako anegdoty, ale wszyscy wiemy, że tkwi w tym coś więcej. Boję się.

Ale już zupełnie poważnie – to nie jest płyta, która zmieni świat. To nie zestaw piosenek, który przez lata będzie trzymał mnie w żelaznym uścisku. To nie jest jego Kid A, bo po prostu już chyba takich kategorii w popie nie ma. Ale jest to świadectwo odwagi, wizji, talentu Westa – nie pierwsze, ale najbardziej znaczące. Można się na niego wkurwiać, nie da rady zignorować.

Aleksandra Graczyk     Mateusz Jędras     Filip Kekusz     Borys Dejnarowicz    
28 grudnia 2013
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie