RECENZJE

Kanye West
ye

2018, G.O.O.D. Music / Def Jam 7.9

Wojciech Chełmecki: Czy Kanye jest prostym produktem popkultury czy może to popkultura ostatnich lat, jak za machnięciem westowskiej różdżki, wypełnia próżnię między jednym Kanye a drugim? To bajka stara jak świat: dysonans między wetkniętą w niekończący się, maniacko-megalomański work-in-progress osobowością medialną a treścią albumu musi konfundować. Dopóki dyskusja o Kanye nie pozostawia miejsca na dyskusję o muzyce Kanye, dopóki w komentarzach dotyczących ye dominuje Donald Trump, fakt obrócenia naciapranego na okładce, odważnego bądź co bądź wyznania w mem czy nawet spostrzeżenia o PR-owym geniuszu człowieka zamykającego się na rok w studiu by nagrać 23-minutowy album, dopóty skupione, oszczędne w środkach ye nie uderzy przyzwyczajonego do emfazy odbiorcy z siłą choćby zbliżoną do swojego rzeczywistego potencjału. Tak jest, to kolejna wielka płyta, ale tym razem subtelniejsza, utrzymana w atmosferze wyciszenia, godzenia się z chorobą oraz nieuchronności schodzenia z piedestału i hołdowania przyziemnym, uniwersalnym wartościom, pozornie oddalonym o lata świetlne od wypełnionego blichtrem świata superludzi – i właśnie dlatego skazana w kontekście postaci twórcy na głębokie niezrozumienie.

Dostrzegam oczywiście konstruktywną rolę tego napięcia, staram się zrozumieć jak wpłynęło ono na kształt tych siedmiu wspaniałych utworów. Mam jednak poczucie, że ye jest nie tylko pewną cezurą w życiu Westa, ale i próbą spojrzenia na swoją dyskografię jako całość, z tym że nie – jak w przypadku The Life Of Pablo – w oparciu o spontaniczną autoreferencję, ale raczej na zasadzie subtelnej zabawy we wspomnienia. Są tu namiastki szorstkości Yeezusa, przestrzenności 808s czy pompatyczności MBDTF, lecz miast tworzyć z nich konkretne byty, wkomponował je Kanye w spójną i delikatną tkankę albumu.

Czy to jednak wystarczy, by okrzyknąć arcydziełem i na wieki zamknąć w zdobnej szkatułce z napisem "moje płyty"? No nie, z tym że my, jako ludzkość, konsekwentnie zapominamy o jednym: że Kanye West to muzyk GENIALNY. Że rozklekotana huśtawka ścieżek z "Ghost Town" najpewniej rozpadłaby się w innych rękach jak domek z kart; że hook "No Mistakes" w połączeniu z chwytliwą oprawą wskazuje na zmysł kompilacji, jaki w dziejach był udziałem niewielu. Że w "Wouldn't Leave" słychać odrobioną z nawiązką lekcję z harmonii, w "Violent Crimes" zrozumienie jak niewiele czasem potrzeba by stało się piękno, a w końcówce "I Thought About Killing You" obsesję na punkcie przekopania się bitem na drugą stronę planety. Na ten mini-zbiorek składa się tyle piosenek, ile solowych płyt ma na koncie ich autor, a ja wciąż nie potrafię pozbyć się myśli, że to właśnie one stanowią dla niego najdoskonalszy, najlepszy jaki tylko można sobie wymarzyć pomnik. I to właśnie, proszę państwa, jest esencja ye – i nie dajmy sobie wmówić czegoś innego.

Borys Dejnarowicz: Zarzut o wątłość tracklisty chybiony, bo przecież typ raz jeszcze pokazał swój autorski pogląd na aktualny status formatu "albumu". Nie tylko w sensie fizycznego nośnika, który ze względów czysto materialnych nie nadążał za poprawkami do "Wolves". Również jako pewną refleksję, czym właściwie w dobie zaawansowanego streamingu, plejek, podcastów etc. jest "ujawnianie" nowej "partii" (as in "transzy") materiału. I skąd ten sztywny gorset longplaya, skąd te wieczne pytania po EP-ce "ale czy będzie cała płyta?". Bo krótkość Ye o niczym nie świadczy, wie pan.

Fiksacja na punkcie liczby 7 (słownie: siedem) urodziła świeży sposób organizacji nagrywek: niemal symultaniczne wypuszczenie pięciu kolekcji o równej ilości indeksów, sumujących się do 35. Pusha T, solo Ye i Kids See Ghosts już tu są, a Nas i Teyana Taylor nadejdą na dniach. To rewolucyjna koncepcja w ćwierć drogi między serią 9 piosenek Violens, serią A-Z singli Ash, 3-CD niedokończonym musicalem 69 Love Songs i nawet 4-CD boxem Zaireeki. Z kolei głębokie znaczenie symboliczne tej ODWRÓCONEJ SIEDEMKI sytuuje się zapewne gdzieś na przecięciu Siedmiu Cudów Świata, Siedmiu Grzechów Głównych i siedmiu wzgórz Rzymu, o programie "Siedem Pokus" Agnieszki Maciąg w RTL7 nie wspominając.

Najmocniej przekonywałoby mnie tu jednak biblijne wyjaśnienie: "pełnia, całość, doprowadzenie czegoś do końca". Ye to bez wątpienia najbardziej sfocusowany statement w karierze, który brzmi zarazem jak jej arystotelesowsko wyważone ukoronowanie. Muzyka wreszcie osiąga rodzaj neoklasycznego "piękna", takiej harmonijnej proporcjonalności, o którą desperacko zabiega artysta targany konwulsjami choroby psychicznej i przygnieciony socialmediową presją zacofanej opinii publicznej. Btw powtórzę, co już na etapie Yeezusa postulowałem: nikt nie był w takiej sytuacji "awangardowego celebryctwa" od czasu Lennona i Jacko.

Warto też podkreślić, że ta zbolała auto(tune)terapia, dwubiegunowo (see what I did there) odległa od pozornie "lekkiej i przyjemnej" powłoki brzmieniowej, niewiele ma już wspólnego z rapem, both oldschoolowym i newschoolowym. Od lat czerpiący z bogactwa post-internetowego spektrum inspiracji, tu dał kolo tyleż logicznego i perfekcjonistycznego, co podobno spontanicznego "kroka, szusa" ku estetyce oszczędnego avant-barok-popu z elementami nawijki – choćby w późno-radioheadowej figurze basowej "No Mistakes", w środkowo-beach-boysowych wibracjach "Ghost Town" czy w przywołującym łzawe, filmowe narracje Kristiny Ulriki closerze "Violent Crimes". Sumarycznie, a zwłaszcza we wzruszającym sercu minialbumu "Wouldn't Leave", rezonuje to niczym Brian Wilson próbujący ułożyć swoje Rock Bottom.

I w sumie należałoby się zgodzić z oburzonym, zniesmaczonym, sfrustrowanym szefem oddziału Polskiej Akademii Nauk w Berlinie, że olanie wyclearowania sampla z Egipcjanina Sinuhe w przeszywającym openerze "I Thought About Killing You" to sytuacja skandaliczna, teoretycznie obciążająca utwór "wadą prawną", niedopuszczalną w cywilizowanych realiach praw autorskich, monetyzacji etc. "Everything leads to him, he’s the ultimate narcissist", żali się mister Kouligas. No dokładnie tak jest, kawał bezczelnego, egoistycznego, odklejonego od rzeczywistości megalomana z tego Kanyego. Może dlatego jego dorobek zostanie.

Łukasz Krajnik: Kwintesencją tej płyty jest finał drugiego utworu, zwieńczający emocjonalny ekshibicjonizm, ozdobionym post-Yeezusowym wrzaskiem wyznaniem – "I am a superhero". Pozornie nic nieznaczący pokaz pewności siebie idealnie oddaje istotę ye. Drugi rozdział kronik Wyoming udowadnia bowiem, że MF DOOM i Ghostface Killah nie zasługują na miano prawdziwych komiksowych superbohaterów tak bardzo, jak Kanye. Złośliwi pewnie stwierdzą, że jego publiczna persona bardziej przypomina przerysowaną postać z kreskówki niż mitycznego herosa, lecz wystarczą zaledwie dwadzieścia cztery minuty, żeby wyprowadzić niedowiarków z błędu. Najnowsze dzieło samozwańczego Boga hip-hopu na naszych oczach kreuje wyjątkowe uniwersum, napędzane potęgą głównego bohatera.

Największa cnota naszego protagonisty to wręcz brutalna szczerość. Autor My Beautiful Dark Twisted Fantasy prowadzi skrajnie intymną, momentami niekomfortową konwersację z odbiorcą. West po raz pierwszy od wielu lat opuszcza gardę i rozlicza się z samym sobą. Charakteryzuje go dojrzałość millerowskiego Bruce'a Wayne'a, umiejącego obiektywnie podsumować osobiste dylematy. Targające nim wewnętrzne demony rodem z Azylu Arkham Morrisona nie wyrządzają jednak znaczących szkód, gdyż patron dwubiegunowości trzyma je wszystkie na krótkiej smyczy.

Mocnym punktem całości jest również gęsta produkcja, stanowiąca skondensowany przekrój muzycznych obsesji Andy'ego Kaufmana z Chicago. Podobnie jak w przypadku The Life Of Pablo zostajemy wciągnięci w wir ulubionych motywów artysty, z tą różnicą, że tym razem rygorystyczna dyscyplina kontroluje schizofreniczny strumień świadomości. Sumiennie nadzorowany chaos gwarantuje mnogość intensywnych wrażeń, ale też jednocześnie omijanie ślepych zaułków. Brzmieniowy minimalizm funkcjonuje niczym komiksowe paski z Sędzią Dreddem, zjadające na śniadanie rozwodnione, długie formy osadzone w mieście Mega-City One.

Następca TLOP ukazuje niezwykle ludzkiego superbohatera, dobrze znającego problemy codzienności. Jego niedoskonałości wyrażają oczywiste zgrzyty takie jak fałszujący hook Cudiego w "Ghost Town" czy kilka żenujących rymów w "All Mine". Jednak to właśnie wspomniane niedociągnięcia upiększają ten materiał, przyprawiając danie główne znaczącą szczyptą przyziemności. Wygląda na to, że Yeezus zszedł z Olimpu, aby towarzyszyć Daredevilowi w eksplorowaniu meandrów prostolinijności.

Jeszcze jedna sprawa. Nie dajcie się zwieść wartym Pokojowej Nagrody Nobla tweetom Kanye. Być może Yeezy rzeczywiście kocha bliźniego swego prawie jak siebie samego, ale potrafi też zasiać spustoszenie, kiedy wymaga tego sytuacja. Naturalny krajobraz Jackson Hole wyzwolił w nim pokłady dawno nieużywanej, rapowej energii, widocznej w absurdalnie wybornym flow oraz szeregu godnych zapamiętania, błyskotliwych linijek. Symbioza z Matką Ziemią na miarę Potwora z Bagien Alana Moore'a przyniosła zaskakująco dobre rezultaty.

Witold Tyczka: Bez przesadnego hurraoptymizmu, ale ze sporą dozą szacunku do wystawianego przedmiotu – tak, w żołnierskich słowach, najpewniej "one-linerowałbym" Ye. Potrafię rozumieć, że dla kogoś, kto w jakiś sposób dorastał zwiedzając mindset niechlubnej chluby Chicago, może to być płyta wielka. Kodyfikująca naście lat na scenie, cementująca szereg (poza)muzycznych transformacji i będąca, wreszcie, esejem o pięćdziesięciu twarzach ekstremalnego celebrytyzmu. Mówi się, że to krążek tekstowo skupiony, skoncentrowany i doskonale wyważony pod względem klarowności komunikatu, treści, a także okalającej ją formy. Chwila oddechu, muzyka humanistyczna i kontra w stosunku do kampowego, pokrytego grubą warstwą ironii i cechującego się niemal neobarokową ornamentyką The Life of Pablo. W skrócie: dekodowanie My Beautiful Dark Twisted Fantasy, odwrót od postmodernistycznych wyklejanek i triumf minimalizmu nad bombastycznym okresem 2010-2017. Moment rozliczeń tożsamy z tym, co zastaliśmy w ramach 808s & Heartbreak, kiedy West komentował swoją poprzednią, zamykającą pewien okres w jego karierze, umowną "trylogię koledżową". Oczywiście upraszczam i uciekam się do niezgrabnych analogii.

Niemniej Ye produkcyjnie jest płytą skrótów myślowych. Przebieżką przez całą egzotykę jednego z najzdolniejszych beatmakerów w historii. Nie ma tu obskurnych odkopów zapomnianych bądź nieodkrytych wyimków z gatunków właściwych przede wszystkim Afroamerykanom, futurystycznej przewózki, czy takiego składania sampli, że na poziomie montażu stają się one sonicznym odpowiednikiem filmowego efektu Kuleszowa. To raczej synteza dokonań gościa, który może nie widzi dźwięku, jak sugerował nasz zaprzyjaźniony DJ Carpigiani, ale zdecydowanie widział już wszystkie dźwięki świata. Dlatego osobom niezaznajomionym z całą tą "westową personą", a także jego działalnością pozasceniczną, może być trudno wgryźć się w Kanye na etapie "redukcji". Tylko czy tacy ludzie jeszcze pośród nas żyją? Yeezy, mimo tej pozornej nieprzystępności, i tak triumfuje. Przede wszystkim hołdując idei krótkiego albumu rapowego. Pozbawionego przesadnych dłużyzn i uciekającego od "epickości", na którą z niewiadomych względów od lat porywa się cała rzesza MC. "Podcastowość" hip-hopu, jak bardzo lubię to nazywać, to jeden z najgorętszych trendów tej dekady. Ponadto, West raz jeszcze udowadnia, że pomimo bycia przeciętnym, drugoligowym raperem, jest niepodrabialny w opowiadaniu swoich rozterek i historii ustami innych artystów. John Legend oraz wschodząca gwiazda GOOD Music, 070 Shake, zaliczają takie wejścia w "Ghost Town", że trudno będzie znaleźć w tym roku bardziej nośną popową kompozycję. Ty Dolla Sign i Jeremih nie pozostają im dłużni. Problem w odbiorze całości sprawia mi tylko niesamowicie szkicowy charakter wielu utworów. Abstrahując już od treści, która momentami wprawiać może w osłupienie (dwubiegunowość i closer), kiedy indziej w zażenowanie (Korea, piersi), a w ramach rozważań na temat #MeToo – spływać jak woda po kaczce, bo to statement niezbyt odkrywczy, to wydłużenie wielu kompozycji choćby o minutę mogłoby wpłynąć na Ye pozytywnie. Zwłaszcza, kiedy uświadamiam sobie ile West jest w stanie upakować w raptem sześćdziesięciu sekundach. Tak więc mamy, jak to u Yeezusa bywa, festiwal wzlotów i upadków, geniuszu i absolutnej płycizny, ale w wersji middlemana ulokowanego dokładnie pomiędzy złym Kanye, a dobrym Kanye w opcji chodnikowo-gabinetowej, bardzo osobistej filozoficznej rozkminki. Sztuka Ye polaryzuje and it's awesome, chciałoby się powiedzieć. A już teraz widzimy się przy dzieciakach i duchach.

Redakcja Porcys    
10 czerwca 2018
BIEŻĄCE
SpiritualizedAnd Nothing Hurt
NonameRoom 25