RECENZJE

Kanye West
The College Dropout

2004, Roc-A-Fella 7.1

Porcys staff writer Jacek Kinowski przebywa na pół-służbowym urlopie w Sopocie. Poniżej zamieszczamy to, co zostawił przed wyjazdem w kwestii recenzji The College Dropout. Fucking primadonna writers.

* * *

kinol
Full Member

member is offline

Posts: 130


Re: Niedziela i poniedziałek post-party
« Reply #1 on: 10/05/2004 at 23:59:20 »

Jakos Nigdy nie pisalem tak na goraco o plytach po borysowemu, ale z racji przeziebienia tez mi się nie uklada nauka, wiec w sumie chetnie zrobie "cos" i może przy okajzi nabiore rozpedu żeby jutro od rana zasiasc do zeszytow. Akurat przez ostatnie pare dni katuje kilaka plyt na okraglo, wsrod nich takie o ktrych jest sens pisac (reszta jakies same absoluty nietykalne od misia)

Kanye west – the college dropout

No, to już jest powazny kandydat do listy.
Ponad 70 minut wypelnionych po brzegi zajebistymi kawalkiami.
Smieszne ze koles nagrywa debiut solowy a brzmi to jak rozprawa z calym zyciem w stylu (tzn nie ze opowiada o rodzicach, ale jest cos takiego osobistego, retrospektywnego tu) kolegi któremu zwykl robic bity.
Wiele slicznych, inteligentnie bouncujacych kawalkow, z których już same singlowe które moze kojarzycie (slow jamz, through the wire) wymiataja po maksie.
Bity pokrewne w wyrazie do ostateniego jay-a (co jest dosyc naturalne), z tym, ze wywazony, powiedzialbym kojacy flow kanye pozwolil stonowac jakos calosc.
Panuje sielska atmosfera przyjazni, a pojawiajacy się goscie (m.in. mos def, talib kweli, jay-z) witani sa tak cieplo jakby byli jego bracmi. Spora roznorodnosc podkladow, od lightowych, kolyszacych przyspiewek czarnulek w atmosferze letniego melanzu, po jakies powazne numery z przeslanie.
Oj kilka naprawde wymiata.

Wydaje mi się ze jest to jeden z tych albumow które w miare sluchania podobaja się corac bardziej. Noi slucham sobie codziennie.

* * *

borys (29-06-2004 14:24)
no ale jedrzej może nie kuma troche bossostwa pezeta i noona, trudno.
kinol (29-06-2004 14:57)
jedrzej niech spierdala
kinol (29-06-2004 14:57)
nowy pezet zajebisty

* * *

kinol (1-08-2004 13:26)
ok kloniu, to jest tak
kinol (1-08-2004 13:26)
ja nie chce siedziec w wawie, bede sie staral wyjechac jak najszybciej jeszcze na jakies 2 tygdnie
kinol (1-08-2004 13:26)
potem sie ucze tydzien
kinol (1-08-2004 13:26)
potem jest wyjazd klanowy
kinol (1-08-2004 13:27)
realnie to napisze kanyego zanim wyjade
kinol (1-08-2004 13:27)
i zaleznie od tego kiedy wyjade moze cos jeszce
kinol (1-08-2004 13:27)
ale niestety raczej nie
kinol (1-08-2004 13:28)
teraz jade do kubenego
kinol (1-08-2004 13:28)
bede w domu jakos klimaty 22 to jeszce pogwarzymy
kinol (1-08-2004 13:28)
yoyo

* * *

borys (8-08-2004 22:14)
hej jak tam z kanye?
kinol (8-08-2004 23:04)
dzis cos usiadlem i zapuscilem sobie ale nic nie napsalem jeszcze niestety
borys (8-08-2004 23:05)
ok masz jutro i pojutrze stary. updejt kilkunastoreckowy robimy, kanye wakacyjny musi pojsc. zapuszczam to sobie Kanye JA, a ty masz napisać haha.

* * *

Stary
KINOWSKI kom
10/08/04 19:47
no nie wziolem ale już sobie przypominam. na pewno to z talibem (try to catch the beat) z jayem, jesus walk, i to ze cos tam spacehsip to mój ulubiony. A

Stary
KINOWSKI kom
10/08/04 19:48
le jeszcze będę myslal

* * *

----- Original Message -----
From: Jacek Kinowski
To: Borys
Sent: Saturday, August 14, 2004 1:21 PM
Subject: kanye

w mainstreamowym hip-hopie dzieje się sporo ciekawego, a kanye wyrosl na wiodacego producenta - wiec wszyskto się zgadza ze zajebista plyta

co do kanye jeszcze – przychodzi do niego od chuja wiekszych i mniejszych gwiazd, jest ziomalem mos defa i taliba. Wiadomo ze od blueprinta robi bity dla/z jaya, "H to the Izzo, my first hit single" jak sam opowiada w osatnim na krazku – Last Call.

Solowy album był jego marzeniem od zawsze jak wynika z tego tracka – solowy z naciskiem na to ze on sam rapuje, bo muze to już robil nie raz przejesz, ale nie doceniali go, czy może nie chceli mu dac szansy jako raperowi. (tam jest cala historia o tym ze w koncy wydala go rock-a fella a nie np. capitol, ale chyba do pominiecia)

Po nosowym intro mamy pierwszy hit (w ogole sa tu same hity, nie liczac takich skito przerwynikow mamy same kawalki które z powodzeniem mogly by być singlami)

"And all my people are drug dealin' just to get by" zaspiewane z takim luzem i tak beztrosko, ze w przekazie nie ma cienia goryczy czy jakichs serow etc. No i gdyby nie to ze gdzies przebijaja się nuty liryki iscie Dizzie Rascalowej ("Sometimes I feel no one in this world understands us But we don't care what people say" to klimat jest diametralnie inny – wlasnie chill' out. Przechadzki nad morzem, melaznu z bliskimi itd.

nastepny kawalek to samo – cos tam ze "It all falls down" ale ja się nie boje, jakeis tam zapewnienia o wierze w boga się tez perzebijaja, ale co by tam sobie kanye nei spiewal to album stoi wlasnei hiciorskimi podkladami a nie trafnymi rymowankami. Ale tez fajnie ze cos tam stara się od siebie chlopaczyna powiedziec a nie pierdoli jakeis totalne farmazony, chuje-muje.

Spaceship – mój ulubiony chyba. To znowy przechadzka nad morzem przy letniej bryzie, ale w nocy przy rozswietlonym gwiazdami niebie. Urzekajaco kojacy bit, no cudo. Poza tym zajebiscie dobrane wokale gosci (tony williams & john legend) – super się przegryzaja z wokalem kanyego który powiedzmy sobie, poza tym ze spokony i może wlasnie kojacy troche jest doscy zwyczajny.

Ten kawalek otwiera w ogole zlota sekwencje. Bo dalej mamy Jesus Walk – z kapitalnym klimacikiem powagi który jest tu rzadkością (powtarza się jeszcze tylko w Two Words )

I tekstem "God show me the way because the Devil trying to break me down" i podobnymi wyznaniami. Ale kawalek jedzie na nosmym (jak wszedzie ) loopowanym bicie i kapitalnych chorkach, często budowanych na zasadzie pytanie – odpowiedzi. Kolejny stunner z rzedu to Never let me Down z Jayem. Tutaj nastepuje już lekkie wyuzowanie po ciezkaym gatunkowo Jesus Walk, choc i tamten, jak już mowilem jest wyjatkowo zjadiwy jak na tematyke wlasnei dzieki ogolnemu – luzacko letniego, charaktreu krazka. Noi nastepny bit ze wymiekam normlanie – Get Em Gigh z udzialem Taliba (I'm tryin to catch the beat). Huh, no genialne przeciez, taka seria hitow – zajebioza.

Z uwag ogolnych: – to nie jest plyta do sluchania "dla muzyki" a bardziej "dla feelingu". Tzn muzyka jest zajebista bez dwoch zdan, ale nie chodzi tutaj o to żeby zrobic jakeis dzielo sztuki samo w sobie, ale plyte ktorej będzie się zajebiscie sluchalo i która będzie jego – znacyz kanyego. Noi to się udalo na pewno.

Duzo jest takich dialogow chórków. Praktucznie nie ma tez utworu w którym rapowal by sam kanye – zawsze jest jakis gostek – dzieki temu nie nudzi nam się wokal kanyego.

Kompozyje sa zajebiscie wywazone – produkcja jest bogata, ale tez dyskretna. Tracki jakby plyna, zajebisty, niewymuszony, naturalny songwriting ponad wszystko – potem cala masa hookow, wszystko wygladzone akuratnie – dzieki tem u genialnie się slucha.

Sa bembenki w Slow Jamz takie które sa podobnym trickiem jak ten w Through The Wire, a siegajac dalej – kojarza mi się troche z beach boysami ich plumkaniem w Kokomo. [W oglole choc nie będę bronil jakos tego porownania i nie zastanowilem się jeszcze czy na pewno jest trafne, to może z racji polaczenia – "smutnych" w wyrazie tekstow, z wesolymi podkladami, kanye sprawia wrazenie jakby w dziecinstwie zasluchiwal się w kawalki briana.]

Breathe In Breath out – gosciennie Ludacris – i z kolei wkrada się klimat gangsterki, kozaczenia, rapu bardziej ulicznego – groznego, ale zajebiste oczywicie tez jest.

School Spirit –kolysze naprawde mistrzowo. That’s what i call bounce baby.

W Two Words powraca (jak mowilem) klimat powazki z Jesus Walks – goscinnie Mos Def i jest zajebiscie. W ogole wkradaja się klimaty stricte Viksta The Slicksta. Troche to może burzy moja teroie o luzackosci calosci (zwlaszcz ze jeszcze przeciez będzie w porywach smutnawy Familly Business), bo można się tu zamyslec, no ale zaraz mamy Through The Wire – kanye z rozjebana morda po wypadku spiewa mniej wiecej o tym i jest znowu chill' oucik.

No a smutnawy jako się rzekło Familly Business znowu lyricksy druzyna Dizziego, bo niby rezygnacja, ale teza namawianie do walczenia – "trzeba walczyc" (btw. Te slowa, od tak sobie, powiedzial mi Tymon jak uscisnalem mu reke op jego show w mandarynce). Jest sliczna, prosta, loopowana melodia – ale kawalek jedzie, jedzie kurwa bo wszystkie kawalki kanyego jada. W koncowej fazie mistrzowskie wejscie kanyeego (przyspieszony ciut bit) – "I woke up early this mornin' with a new state of mind/ A creative way to rhyme without usin' knives and guns /Keep your nose out the sky, keep your heart to God/ And keep your face to the risin' sun"

Ostatni to niby takie podziekowanio, opowiesci, sranie w banie, i kawalek ponad 12 minut a znowu zlote raczki westa tak zagluja podkladem (cool basik) ze ten hipnotyzuje i nie nudzi się wcale. tak jak cala plyta – mozna sluchac i sluchac.

Jacek Kinowski    
14 sierpnia 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie