RECENZJE

Kanye West
My Beautiful Dark Twisted Fantasy

2010, Roc-A-Fella 6.0

W lutym 2004, dopiero rozpoczynając etap "zachłyśnięcia się" fenomenem muzycznej formuły hip-hopu, postrzegałem fajoski solowy debiut Kanyego jako "album tego producenta od Blueprint", na który w Polsce czekali wtajemniczeni w szerokich spodniach – i to bardziej ci znawcy gatunku, erudyci, szperacze – a nie plebs z cyklu "ziomy.mp3". Myliłem się, owszem, ale bardziej nawet niż się myliłem, przeszła obok mnie (od roku mieszkałem w domu bez kablówki) Westa ekspresowa droga do globalnej sławy. Żyłem troszkę w fikcji, sądząc, że College Dropout, którego słuchałem sobie często w trakcie beztroskich letnich wypadów rowerowych, to bardziej zajawka a la Connected, Quality albo powiedzmy Cee Lo Green... Is The Soul Machine czy inne Blazing Arrow. Dopiero w trakcie Openera 2006 skumałem, że ten Kanye to jest jakaś mega gwiazda, skoro co drugi napotkany znajomy zapewniał, że przyjechał na festiwal głównie na Kanyego – i zwykle byli to ludzie w ogóle nie zainteresowani muzyką, nie tylko bez zaplecza i wiedzy, ale w ogóle bez chęci odkrywania czegokolwiek... Bawiło mnie to niezmiernie i chociaż w końcu "przyzwyczaiłem się" do gwiazdorskiego statusu muzyka, to już zawsze będę traktował go w kategoriach "muzyka" właśnie, a nie "celebryty". I tu chyba tkwi mój problem z Dark Twisted Fantasy.

Entuzjastyczna recepcja tego wydawnictwa w znacznej mierze odnosi się bowiem do popkulturowej roli Kanyego w danym momencie, a nie realnej zawartości muzycznej krążka. Krytycy nie lubią "zwykłych" wykonawców, za to kochają jeden z dwóch wariantów: albo niszowych, skromnych plumkaczy z marginesu głównego nurtu, publikujących ręcznie opisywane egzemplarze w limitowanym nakładzie, albo hollywoodzki, wielkobudżetowy rozmach pozwalający na wypasioną produkcję "niedostępną zwykłym śmiertelnikom" i frontalną promocję w każdym zakątku Ziemi. Opcja pierwsza budzi w każdym z nas snoba, "hipstera" (?), indywidualistę i dziwaka; opcja druga pozwala na wspólną konsumpcję rozrywki – poczucie społecznej przynależności, bycie "normalsem" zapewniające pewnego rodzaju bezpieczeństwo i uczestniczenie w zbiorowym szale "tu i teraz", ramię-w-ramię z sąsiadem, koleżanką z pracy, kioskarką i listonoszem. Ta druga fantazja to głęboko zakorzeniona potrzeba, która powraca w skali masowej co kilka lat. Przyznaję – jest w niej coś pociągającego. Mało sytuacji popkulturowych generuje taki komfort, jak świadomość nadejścia nowego Jacko, Beatlesów, Elvisa. Chęć przeżywania ekstremalnych histerii o wadze historycznej to rzecz naturalna, nadająca jakiś meta-sens chwili, w której przyszło nam ("culture addicts", znaczy) żyć. A kapryśny Kanye nadaje się do roli pop-mesjasza kapitalnie. Nie dość, że poszczególne elementy w jego image'u zostały wyważone idealnie (urok vs. buractwo, twardziel-przystojniak vs. użalająca się nad sobą metro-seksualna oferma, bezproblemowy pół-Bóg vs. kłębek nerwów i kłopotów życiowych, street-cred środowisk czarnego rapu vs. poklask białasów etc.), to jeszcze mają one skuteczne przełożenie na target. Zdjąwszy przed sekundą z półki moje 808s & Heartbreak zauważyłem komiczny wręcz rozstrzał patronatów na stickerze: MTV, "PULP" (heh), "K Magazyn", Hip-Hop.pl, "Machina", Planeta.fm (!), CGM.pl, Empik.com i Interia.pl. Uniwersalność tej postaci przeraża i kusi zarazem.

Odnoszę jednakże wrażenie, iż niepostrzeżenie wkroczyliśmy w całkiem futurystyczną erę, kiedy muzyka się już skończyła i jedynym kryterium oceny płyt będzie teraz ich funkcja popkulturowa, a nie sposób dźwiękowego zagospodarowania czasu. I uprzedzając cięte riposty dopowiem, że to nie moja interpretacja – a samych wygłaszaczy peanów na cześć Dark Twisted Fantasy. Chciałbym "nie zgadzać się" z tymi wyrokami, ale nie mam "z czym" się nie zgadzać, bo niemal każda recka w uzasadnieniu maksymalnej (lub prawie maksymalnej) noty sięga po retorykę ikony i herosa, ewentualnie ledwie zahaczając o brawa dla coraz lepszej techniki Westa jako MC i jego oczywiście "niezrównanego" wizjonerstwa producenckiego. Bije od tych wywodów pozornie drobna, a w rzeczywistości potężna zmiana akcentów – jakby dziennikarze przyznali przed sobą uczciwie, że liczba rozwiązań kompozycyjnych w muzyce rozrywkowej, które są w stanie poruszyć tłumy i jednocześnie zachwycić znawców WYCZERPAŁA SIĘ (tu mają rację), wobec czego... aby kontynuować historiografię muzyki pop, trzeba... zwyczajnie... zmienić zasady gry i... w dobie rozdrobnienia gustów/zainteresowań ustawić poprzeczkę tam, gdzie komukolwiek z reputacją IDOLA uda się urodzić jakikolwiek ARTYZM (vide reakcja na Grandę w PL – gdyby wydała to anonimowa dziewczynka z Rzeszowa, to pies z kulawą nogą..., "kontekst jest wszystkim" etc.). Nie, żeby ktokolwiek zawracał sobie głowę rozwikłaniem genezy bycia IDOLEM these days (ilość vs. jakość "fanów", hello).

W tym sensie właściwie powinienem chyba cieszyć się, że pierwszego 10.0 na PFM od YHF i Source Tags (to już 8 lat!) nie dostała Lady Gaga, bo ona już stoi w kolejce po ten sam tron (jest równie ambiwalentna płciowo, kontrowersyjna medialnie, "chora" wizerunkowo, magnetyzująca w skali makro, a w dodatku analizowana przez ekspertów i zyskująca u nich dużo sympatii), ale jej warstwa muzyczna zahacza, z tego co się "nie orientuję", o rejony znacznie bardziej kuriozalne. Tym niemniej właśnie "cieszę się", że nie padło na jakieś indie2.0-smęty a la Arcade Fire, a to z jednego istotnego powodu. Właściwie jedynym pozytywem kampanii beatyfikacyjnej na rzecz Fantasy jest to, że statystyczny czytelnik serwisu PFM (a z "most read" wynika, że są to generalnie gitarowi nudziarze typu fani Springsteena i grupy Girls) będzie musiał zmierzyć się z maksymalną oceną dla płyty HIP-HOPOWEJ, KOMERCYJNEJ, BITOWEJ, SAMPLOWANEJ, z gościnnym udziałem dream-teamu sceny URBAN. I chociaż wolałbym, jasne, żeby złoty medal dorocznych igrzysk przypadł w ostatnich latach Hell Hath No Fury, Madvillainy czy chociaż Dropout samego bohatera (nie mówię o gigantach takich jak Blueprint albo Supreme Clientele, bo wiadomo), to jednak widok dezorientacji, konfuzji i zmieszania tych wszystkich blogerów, fanów National, Fleet Foxes i Grizzly Bear, traktujących muzykę "na serio", nieobeznanych (z własnej "winy" – po prostu tego nie słuchają) z żadnymi przejawami miejskiego r&b, którzy nagle muszą ZAAKCEPTOWAĆ fakt dziesiątkowości Fantasy – byłby absolutnie bezcenny. Rozmarzyłem się.

Tyle w kwestii plusów "zjawiska". Ale są też minusy. Jeśli już przyjmuję nowo ustalone reguły gry, to moje prywatne zmagania z "kupieniem" Fantasy polegają na czymś zupełnie innym. Im bardziej chciałbym podłączyć się do tej "zbiorowej halucynacji" na temat geniusza-celebryty wywodzącego się ze sceny hip-hopowej, który zawładnął światem dzięki talentowi i charyzmie (a, uwierzcie, chciałbym bardzo – to fascynujące), tym bardziej na starość odrzuca mnie czysta amerykańskość całego zamieszania. Popkulturowa dominacja USA w cywilizacji zachodniej to banał, ale rzadko rozważamy jej realny impakt i wpływ na ogląd spraw. Ekscytując się średnią punktów na Metacritics zapominamy (?), że poza jakimś "NME" pozostajemy na kontynencie amerykańskim. Kanye jest wszechobecny w amerykańskich mediach, co przenosi się na mniej więcej cały świat, ale jego komunikat dotyczy tamtejszych realiów, a w recenzjach padają "lokalne" analogie do NBA, równouprawnienia czarnych i skandalu "I'm a let you finish", powiązanego z nastoletnią wokalistką COUNTRY (ichni odpowiednik disco-polo, courtesy of MZ). Nie miejsce teraz i pora na rozwikłanie odwiecznego paradoksu "dlaczego 90% słynnej muzyki pop jest z USA lub UK – czyżby tam rodzili się najzdolniejsi muzycy?", a lewackie tendencje do zrównywania muzycznych kultur w duchu Leszczyńskiego (anty- "narody zwycięskie") w praktyce kończą się na odsłuchu zerowego reggae Manu Chao albo dowolnego fragmentu audycji "strefa rokendrola wolna od angola" w Trójce, gdzie ze świecą szukać numerów na powyżej 1.0.

TYM NIEMNIEJ logiczne wydaje się zadanie pytania: co w ogóle znaczy ten cały Kanye dla słuchacza z Rumunii? A z Ugandy? A z Filipin? A z Uzbekistanu? A z Boliwii? A z Fidżi? Jeśli w wymienionych krajach Fantasy świetnie się sprzeda, to chyba tylko dlatego, że wszyscy czujemy hasło "my są już Amerykany" i przemożną chęć uszczknięcia odrobiny "amerykańskiego kurzu", jak w Co Mi Zrobisz. Smuci fakt, że nikt inny nie miałby nawet szansy na zgarnięcie tych nagród, co Kanye za Fantasy. Załóżmy, że jakiś włoski duet synth-popowy nagrywa kolekcję utworów doskonalszych niż Last Exit, wyznaczając nowe ścieżki dla stylu. Kogo to obchodzi? Jeśli przypadkiem grupa nie trafiłaby pod skrzydła liczącego się labela (a ile włoskich kapel trafiło w ostatniej dekadzie?), to nikt w USA ("Metacritics") by tego nawet nie posłuchał. Podam przykład. Pewien znany recenzent PFM przyznał parę dni temu publicznie, że wysłuchał w tym roku 70 płyt i dlatego układając swoją listę top50 na głosowanie w PFM pod koniec sięgał już po tytuły średnio go pasjonujące. Ja wiem, czego on słuchał. W połowie "obowiązujących", "głośnych" "amerykańskich" premier, a w połowie polatał sobie po blogach i wytwórniach, które ceni. Facet nigdy się nie dowie, czy aby przypadkiem w jego top50 nie znalazłyby się płyty Tin Pan Alley bądź Kristen – a to dlatego, że ich nie poznał. Jego punkt widzenia jest amerykański i tacy właśnie ludzie są częściami składowymi "Metacritics", "Pazz & Jop" etc. Kolo jest profesjonalnym dziennikarzem. Ja nie jestem i uważam, że z braku czasu słucham MAŁO bieżącej muzyki, a jednak w 2010 skrobnąłem sobie na boku noty i krótkie komentarze do prawie 200 wydawnictw fonograficznych (razem długogrających i EP-ek), mimo czasochłonnej pracy zarobkowej i wyczerpującego ślęczenia nad pewnym kreatywnym projektem od 1.5 roku. W świetle tych okoliczności nagle bledną te wszystkie przeliczniki, w których Kanye góruje nad resztą stawki.

Tekstowo, Dark Twisted Fantasy to egocentryczny pamiętnik gwiazdora, który nie waha się podzielić swoimi tarapatami, namiętnościami i dziwactwami z publicznością. Przez chwilę jest nam dane spojrzeć JEGO oczami, wow. I chociaż mógłbym czepiać się, że podobnie jak wielu poprzedników gościu celowo nakręca swoje celebryctwo godzinami rozprawiając o tym, jak ciężko być celebrytą, to załóżmy, że w końcu, po długich rozkminach "kupuję" jego paranoję gwiazdy-dziwaka. Natomiast jestem staroświecki, jak wspominałem we wstępie z przyzwyczajenia traktuję Kanyego jako muzyka i skoro bawimy się w reckowanie płyty, to będę oceniał to, na ile tę paranoję (skoro już ją "kupiłem") SŁYCHAĆ w muzyce. I tu moim zdaniem niestety Yeezy poległ. Głosy o domniemanym "maksymalizmie" dzieła kazały mi oczekiwać hip-hopowego Since I Left You, względnie Kish Kash czy Discovery. Faktycznie, na gruncie brzmieniowym doceniam błyskotliwe momentami łączenie różnych tekstur w jeden dźwiękowy arras. Sęk w tym, że Fantasy nie jest maksymalistyczne songwritersko. Kanye powtarza, eksploatuje i rozciąga w czasie motywy i motywiki, które same w sobie są dla moich uszu przeciętne – jako odbiorca, na jego miejscu inaczej bym je poukładał.

Mówią o nim "perfekcjonista", ale do perfekcji szlifuje on tematy i pętle same w sobie... nudne. Prezes założyciel PFM broni się na Twitterze: "każdy klasyk ma wady – kiedy ostatnio przebrnęliście przez 'Fitter Happier'?". Spoko, ale nawet jeśli męczący, "Fitter Happier" to kolaż niepowtarzalny, bezprecedensowy, unikatowy. A jak ktoś słusznie zauważył – może i Fantasy to album chwilami "beautiful", ale nigdy "twisted" i "dark". Materiał ten nie wprowadza innowacji – to raptem synteza kariery Westa (tak producenta, jak i MC) i rekapitulacja wątpliwego okresu w estetyce urban/r&b/hip-hop z drugiej połówki 00s, kiedy kanciaste, toporne, bez-gruwowe loopy, przesadnie wymęczone autotune'y i irytujące wokalizy miały kamuflować (i być receptą na) kryzys w czarnej muzyce mainstreamowej. Technicznie, West to wirtuoz, ale jak to zgrabnie ujął Wojtek – "on teraz nie ma czasu na komponowanie". Inaczej zharmonizowałbym harcerskie chóralne wzniosy openera. "Gorgeous" wygląda jak odrzut z Dropout lub Registration ("Never Let Me Down", może "Gone"). "Power" to suma sumarum chyba najlepszy kawałek w zestawie, zaraźliwy grower ze wstrząsającą kulminacją, ale jeśli ktoś zjebuje All Day i zachwyca się wycięciem tu sampla z Crimson, to LOL. "All Of The Lights" i "Runaway" = moja definicja przerostu formy nad treścią (obok, co symptomatyczne, tegorocznych Joanny i Sufjana), interpolacja Sabbath w "Hell Of A Life" to przedszkole, osławiony "sample z Aphexa" w "Blame Game" okazuje się być miłą, nieco mdłą balladką zrujnowaną czerstwą gadką w outro, a gdyby nie performans Minaj, to "Monster" byłoby zerowe.

To tylko moje opinie, ale ciekaw jestem dla kogo autentycznie, z ręką na sercu, bez otoczki, doniosłej chwili, bagażu historii "Runaway", "Monster" "All Of The Lights", "So Apalled" są lepsze od "Slow Jamz", "Gold Digger", "We Major" czy "Flashing Lights". Serio, chętnie bym to zobaczył. I nie zamierzam wcielać się w gatunkowego purystę, ale jeśli ktoś ma na koncie tak zajebiste bity, to naprawdę trudno emocjonować się muzycznym aspektem Dark Twisted Fantasy. Też chciałbym, żeby HIP-HOPOWA płyta, na której gościnnie wystąpił tuzin multimilionerów, której ogólnospołeczny zasięg medialny w 2010 jest nie do pobicia, która skończy prawdopodobnie na szczycie podsumowań sprzedaży i której autorem jest ekscentryk "głośno mówiący co myśli" ze wszystkimi oczami świata skierowanymi w swoją stronę, a zarazem szalony eksperymentator teoretycznie drążący nieoczywiste, odważne, ryzykowne rozwiązania artystyczne (na papierze skrzyżowanie Lennona z Wilsonem) była moją płytą roku, ale niestety mogłaby nią być tylko wtedy, gdybym miał świadomość istnienia TYLKO nagrywek z ostrego, skrajnego, hardkorowego wręcz mainstreamu, a chociaż uwielbiam mainstream, to zaglądam też czasem gdzie indziej. W finale singlowego "Power" tkwi najbardziej poruszająca scena przedstawienia, gdy głosem bosko zestrojonych wokali Ye wyobraża sobie piękną śmierć przez wyskoczenie oknem. Bit ustaje, zostaje czysta harmonia i kontemplacja jego nihilistycznej, acz romantycznej wizji. Po chwili brzydko wklejony wrzask Grega Lake'a wszystko psuje, ale przez tych kilka sekund fantazja się spełnia i Kanye trąca we mnie najgłębsze nuty – jest wielkim artystą, którego gotów byłbym kanonizować. Szkoda, że podobnie wybitnych urywków jest na Fantasy tak mało.

Borys Dejnarowicz    
30 listopada 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie