RECENZJE

Kanye West
Jesus Is King

2019, Def Jam 7.1

Zdrowotne dolegliwości Westa wyewoluowały w tym roku w najpopularniejszą chorobę psychiczną toczącą naszą planetę. Jak zwykle w przypadku Ye, nie da się zredukować go wyłącznie do zawartości albumu, jego wewnętrzna przemiana oprócz zwyczajowego dostarczania pierwszorzędnego kontentu rzutuje na formę i tematykę utworów. Cotygodniowa aktywność Kanye z Sunday Service zwiastowała raczej artystyczny regres – przerabianie dyskografii rapera na gospelową modłę opierało się w głównej mierze na obecności duchownego-hypemana i zastępowaniu poszczególnych partii utworów wokalnym performensem zaprzyjaźnionego chóru. Taka praktyka raczej spłycała te numery niż dodawała im nowej jakości. Na szczęście, okazało się, że te niedzielne sesje nie miały wielkiego przełożenia na ostateczny kształt Jesus Is King i studyjnie Kanye standardowo poleciał na grubo. Tak na marginesie, myślałem sobie ostatnio o wciąż powiększającej się dyskografii typa i sytuacja zaczyna powoli przerażać. Kojarzycie porównywalnie odważną, zróżnicowaną i bogatą ofertę albumową? Musiałem wracać myślami do jakiegoś Prince'a. "scary, scary…".

W przedpremierowych przewidywaniach obstawiałem, że gospelowy szkielet będzie poszerzany i urozmaicany producenckim maksymalizmem Westa, życzyłem sobie, żeby został on na przykład przejechany jakimś Yeezusowym hałasem. Materiał być może nie pokrywa się z tymi teoriami w stu procentach, ale daleko mi do narzekania. Ye już we wstępie proponuje autorską wizję tej muzyki startując właściwie z knowerową prędkością, zderzając ze sobą wokalne ekstazy z gracją rozpędzonych ciężarówek i dewastując kolejne klawisze na akordowej misji. Efekt jest piorunujący. Niecałe pół godziny później otrzymujemy próbkę Westa zorkiestrowanego i, choć to niecała minuta, Kanye pakuje tu spory potencjał na brakujący, symfoniczny element jego dyskografii. (EDIT: ziom właśnie zapowiedział operę!) (EDIT 2: lol, szybko poszło). Nie obraziłbym się gdyby brzmiał tak zapowiadany jeszcze na ten rok (heh) Jesus Is Born (EDIT 3: no nie do końca o to mi chodziło), ale nie obraziłbym się również gdyby skrywał więcej bangerów z arpeggiatora naznaczonych Bourne'owym znakiem jakości jak "On God" czy rzeczy w rodzaju autotune'owej chrypki na tle natchnionego, segmentowego podkładu w "God Is". Z początku lekko rozczarowywała mnie mała ilość zauważalnych gościnek i sporo jednoflowowego dukania samego Westa, być może nie jest to też poziom trzech ostatnich płyt typa, ale to co dla Kanye jest lekką obniżką formy, dla dziewięćdziesięciu procent dzisiejszych producentów byłoby albumem zuchwałym, obfitym brzmieniowo, zwartym, przez co treściowo gęstym, słowem – największym osiągnięciem.

Stanisław Kuczok    
27 grudnia 2019
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019