RECENZJE

Kanye West
Graduation

2007, Roc-A-Fella 6.7

Elton John, Steely Dan, Daft Punk, Labi Siffre, Michael Jackson, Can, Public Enemy, Mountain – to nie fragment wkładki do Person Pitch, ale niepełna lista artystów, którzy posłużyli Westowi za dostarczycieli sampli do piosenek z Graduation. Kłania się Greg Gillis. Dodajmy do tego całą plejadę gości: tu zarapował Mos Def, tam w chórkach pojawili się Jay-Z, John Legend czy Ne-Yo, poza tym parę groszy wtrącił swoimi znakomitymi, jak zwykle, skreczami DJ Premier, a programowaniem w paru numerach zajął się Timbaland – Kanye traktuje siebie samego jak markę, która kojarzyć ma się z czymś ekskluzywnym i drogim. Nieprzypadkowo najczęściej powtarzanymi słowami na albumie są dwa proste wyrazy: "Louis Vuitton". Szpan aż kłuje w oczy: "I shop so much I can speak Italian", fajnie ziom, jakże cieszę się Twoim szczęściem.

Zacznijmy może jednak od początku: pierwszym zaskakującym elementem Graduation jest brak skitów, co może tylko cieszyć. Nie zawsze były one u Westa na najwyższym poziomie i często niepotrzebnie burzyły starannie budowaną atmosferę całości. O tym, że to bardziej zwarta i konkretna płyta niż The College Dropout czy Late Registration decyduje również fakt, iż Kanye zamieścił tu tylko 13 tracków (21 na każdym z poprzednich wydawnictw). Można więc było oczekiwać, że znajdziemy tu samą esencję, bez niepotrzebnych wypełniaczy, których, mimo wysokiej jakości tak debiutu, jak i followera, nie udało się Westowi uniknąć na wcześniejszych płytach. Z drugiej strony jeszcze nigdy jego albumu nie promowały tak nieprzekonujące single jak opisywany już przeze mnie wcześniej fatalny numer "Stronger" jadący na samplu z "Harder, Better, Faster, Stronger" Daft Punk czy zupełnie bezpłciowy "Can't Tell Me Nothing". Stan mojego umysłu przed pierwszym odsłuchem można zatem opisać prostym stwierdzeniem: wiem, że nic nie wiem.

To było tydzień temu – teraz już wiem, że wbrew nietrafionemu wyborowi numerów, które miały pociągnąć sprzedaż Graduation Kanye z ręką w kieszeni wygrał hype'owany pojedynek z 50 Centem ("koniec kariery, hej nigga, koniec kariery", przecież obiecałeś) sprzedając o 200 tysięcy więcej egzemplarzy swojego krążka niż Fifty, ale tak naprawdę nie ma to żadnego znaczenia. Liczy się przede wszystkim to, że to świetna płyta, stawiana przeze mnie na równi z Late Registration, gdzie brak tak świetnych singli jak "Touch The Sky", "Diamonds From Sierra Leone" czy przede wszystkim "Gold Digger" rekompensuje w miarę wyrównany poziom całości. Zaskakuje, że nawet "Stronger" na płycie broni się lepiej niż w oderwaniu od albumu – elektroniczny sznyt tego numeru całkiem nieźle współgra z synthami, które w wielu piosenkach zastąpiły wcześniejsze soulowe i gospelowe wycieczki ziomala. Na Graduation przypomina o nich przede wszystkim "Glory". W tym kawałku West, jak to ma w zwyczaju, poddał przyspieszony wokal Laury Nyro z utworu "Save The Country" takiej obróbce, że samodzielnie brzmi on niczym kościelny chór jeszcze zanim John Legend i Mos Def dołączają, by zdublować jej zsamplowaną kwestię.

Wieść gminna niesie, że Kanye napisał "Glory" z myślą o Commonie i jego tegorocznym wydawnictwie Finding Forever, to samo wiadomo na pewno o "Everything I Am", które zaczyna się od świadczącego o tym stwierdzenia: "Common passed on this beat, I made it to a jam". To na pewno jeden z highlightów Graduation: delikatny fortepian a la John Legend, skrecze by DJ Premier i szczera nawijka Westa sprawiająca wrażenie jakby gościu choć na chwilę zgubił gdzieś swoje wielkie ego ("I'll never be picture perfect Beyoncé" czy "I never be as laid back as this beat was"). Być może gdyby Common wykorzystał podkłady do tych dwóch numerów, jego tegoroczny album miałby szansę stać się czymś więcej niż tylko nieudaną próbą nagrania kolejnego Be.

Prawdziwą wartością Graduation są jednak momenty, w których Kanye zerka w rejony, których dotąd nie eksplorował. Weźmy "Flashing Lights", w którym artysta wkracza raczej na tereny kojarzone dotąd z Timbalandem czy, uściślając, z jego ostatnimi dokonaniami producenckimi dla Justina czy Nelly. Gęsta aranżacja, syntezatorowe dźwięki kłaniające się latom osiemdziesiątym oraz ukryte nieco w tle smyki świetnie współgrają z flowem Westa. Nieco może drażni fragment tekstu, w którym Kanye dochodzi do błyskotliwego wniosku jakoby paparazzi byli gorsi od nazistów, ale poza tym jest zajebiście. Podobnie jak w innej electro-ekskursji w "I Wonder" z wykorzystaniem "My Song". Tutaj bohater dzisiejszej recki wyjątkowo łagodnie obszedł się z oryginałem nie tnąc go ani nie przyspieszając, a jedynie okraszając zarażliwymi synthami i klawiszami obsługiwanymi przez starego znajomego Jona Briona. Hip-hopowe fora internetowe rozgrzewają się do czerwoności, ziomale zarzucają Westowi zdradę, a gościu wysyła czytelny sygnał, że szuka dla siebie nowego miejsca, bo w mainstreamowym rapie osiągnął de facto wszystko, co go interesowało. Odsyłam do "Champion", opartego na fragmencie "Kid Charlemagne" z repertuaru Steely Dan, gdzie Connie Mitchell zapytuje Westa "What it takes to be number one?"

Album zamyka poświęcony Jayowi-Z "Big Brother", w którym Kanye najpierw daje wyraz swemu uwielbieniu dla Hovy, by potem zarzucić mu kradzież pomysłu na nagranie wspólnego numeru z Chrisem Martinem z Coldplay. Estyma jaką darzą hip-hopowcy męża Gwyneth Paltrow jest dla mnie mniej więcej tak niezrozumiała jak ciągłe wystawianie Dariusza Dudki w polskiej kadrze, naprawdę. Absurd sięga tu zenitu: panowie, Chris Martin?! Ogarnijcie się, proszę. Gdyby było chociaż o co walczyć, ale zarówno wspólny utwór Jaya z tym wokalistą na "Kingdom Come", jak i poświęcony Chicago "Homecoming" z Graduation jawią się pomyłkami. Ta druga piosenka to najsłabszy moment tegorocznego albumu Westa: nieudany flirt z delikatnym reggae i jodłowanie wokalisty Coldplay – no comments.

Na szczęście to jedna z nielicznych wpadek na Graduation, którym Kanye udowadnia, że jeśli chodzi o produkcję, to obecnie mało kto może z nim stawać w szranki. Flow i liryki są wprawdzie nierówne, ale przez tę parę lat od premiery The College Dropout zdążyliśmy się przecież do tego przyzwyczaić. Tak czy siak: studia ukończone, do tego z wyróżnieniem. Congratulations, Mr. West.

Tomasz Waśko    
3 października 2007
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja