RECENZJE

Kamasi Washington
Heaven And Earth

2018, Young Turks 7.3

– Nie udało się osiągnąć wyśrubowanego poziomu Epic, co nie zmienia faktu, że mówimy tutaj o jednej z lepszych płyt roku.

– Monumentalna całość składa się z kilku genialnych momentów, paru naprawdę świetnych utworów i ze zbyt wielkiej ilości na siłę przeciągniętych średniointeresujących zapełniaczy.

– Kamasi jest dokładnie tym samym dla jazzu, co Deafheaven dla metalu...

To taki wyciąg utrzymany w stylu Onetu, jakby komuś szanującemu swój czas nie chciało się przekopywać przez tę ścianę tekstu, a jednocześnie mieć swój powód, aby już na starcie rzucić w monitor kamieniem.

kp

Ale do rzeczy:

Na początku była współpraca z FlyLo (7.8), Thundercatem (7.7), Lamarem (7.4), później wielkimi krokami nadszedł Epic (8.3) – można bez ogródek powiedzieć, że w końcu to nasz człowiek, który na okładce Heaven And Earth posiada naprawdę słodki pozłacany mundur. Urokliwsza od niego jest tylko najsympatyczniejsza jazzowa twarz, jaka poruszała się po deskach Pitchforkowych festiwali. Nieurokliwy jest tylko kulturowy kontekst okładki – jej kłopotliwy dla muzyki, reprezentacyjny ładunek – a z nim cała ta bazarowa i pop-chrystusowa sfera okołosymboliczna, związana z przejaskrawionym ubiorem gryzącym się z tak często podkreślaną uliczną "duchowością".

Bo czy tego chcemy, czy nie, jeżeli mamy zacząć mówić o Kamasim, wcześniej czy później musimy uporać się z przesadnie podejrzanym i przesłodzonym fundamentem, z którego cała jego masywna postać wyrasta. Spróbować zrozumieć patos "Truth" i cierpliwie skalibrować świadomość pod długograj z 2015, czyli świat, w którym coś takiego jak subtelność już dawno wymarło. Zadać sobie tych kilka kłopotliwych pytań: czy tym razem granica niebezpiecznego kiczu została przekroczona? Czy ten monumentalizm nie jest zbyt teatralny i kabotyński? Rozrywkowy jazz dla ludzi, którzy jazzu na co dzień nie słyszą. Nudnawe granie do kotleta w sztucznym świetle wmówionej wszystkim boskiej iluminacji. Cyniczny ruch po portfel naiwnych (bardzo zręczny), uskuteczniony "młodzieżowym" piarem. A może na te wszystkie oskarżenia wystarczy odszczeknąć, że Kamasi to po prostu czysty geniusz operowania prostymi, szczerymi emocjami i nieskomplikowaną melodyką, widowiskowo koegzystującą obok środków skomplikowanej avant-jazzowej formy. Nie wiem, nie jestem pewien... Bo wszystkie te problemy zmuszają tych, którzy Washingtonowi zawierzyli, do mierzenia się z całą serią bardzo niebezpiecznych pytań podważających nieskazitelność własnego gustu i tożsamości.

I nie ma co się temu dziwić, biorąc pod uwagę, że w postaci, muzyce i w samym Washingtonie jedyną stałą jest tylko jego paradoksalność. Nieustanne tkwienie pomiędzy akademią a ulicą. Pomiędzy hipsterką a drobnomieszczańską normalnością. Pomiędzy sentymentalną melodycznością Celine Dion a dziką awangardą Sun Ra. Pomiędzy Pollockiem a naściennym dywanem z jeleniami na rykowisku. Kończąc to chaotyczne dryfowanie serią muzycznych punktów zapalnych, bezceremonialnie wchodzących na każdą możliwą płaszczyznę dyskusji o muzyce, od nieformalności brudnej knajpy po sterylny uniwersytet – czego już na starcie można doświadczyć w schizoidalnym "Fist Of Fury", pobrzmiewającym w równym stopniu hołdem poświęconym kinu kopanemu i czarnej eksploatacji, co ekspresywnym przemowom Luther Kinga – nie robiąc sobie nic z całego tego abstrakcyjnego spektrum wysokie/niskie, czerpiąc na płycie równo z wykluczających się źródeł: od powagi Black Lives Matter, po funkującą gitarę w "Connection" przywodzącą na myśl luzacki krok Shafta. Czasy wydają się dziwne, gdy duchowe, nadświadome odjazdy Coltrane'a, Feli Kutiego, czy Phaoraha Sandersa zostają płynnie przetasowane w jedną talię z Capcomowym automatem do Street Fightera i blokiem Adult Swim na Cartoon Network.

Jednak skomplikowane kwestie społecznej recepcji zostawmy na później, bo wydaje mi się, że wyraźnie powinniśmy rozdzielić kwestie dzieła i jego miejsca w ideologicznych przemianach kulturowych od jego faktycznej, czysto estetycznej wartości. Czas leci, do omówienia sporo, chociaż sam Kamasi ułatwia nam nieco sprawę spuszczając z tonu, tym razem ograniczając się do skromnej dwuipółgodzinnej, sensownie poukładanej dwupłytówki (chociaż coś go ten stan rzeczy musiał mocno nerwowo strzelić, bo długo nie wytrzymał i kilka dni po premierze na platformie streamingowej musiało wylądować 40-minutowe uzupełnienie). Tak więc... Po tygodniowym urlopie wziętym w celu kilkukrotnego przesłuchania tego molocha muszę stwierdzić, że z tych dwóch płyt – widocznie rozdzielonych dwoma wyraźnie różniącymi się konceptami – jedynka ma zdecydowanie mocniejsze poszczególne części. Cechuje się większym stężeniem niezobowiązującej improwizacji, takim nieustannym poczuciem żywotnego chaosu, szaleństwa, radosnego bachtinowskiego karnawału. Szczególnie w początkowych partiach: w sztandarowym i wziętym z brzegu "Can You Hear Him", w którym jakimś dziwnym i skutecznym trafem wtłoczony zostaje Emerson, Lake & Palmer (2:20) obok dociskanego do fizycznych granic możliwości saksofonu maestro (szczyt w 6:30).

Niestety, o ile pierwsze zetknięcie należy do pozytywnych, to z każdą kolejną minutą urok opada, robiąc miejsce pod drobne znużenie. Na szczęście brutalnie zniesione jednym z najsłodszych – wprawdzie lekko topornych, jak na swoją "pop-jazzową" konwencję – momentów kontemplacyjnego wyciszenia w postaci urokliwego "Testify". Cudowny "What Reason Could I Give" Colemana bez drugoplanowych szaleństw? Nieśmiało dostrzegam pewne punkty wspólne. Wspaniały utwór, ale, niezależnie od tego, jak byłby dobry, to to, co pochlebne w słowie, musi zgarnąć wcześniej nakreślony "Fist Of Fury". Czyli naturalna kontynuacja poprzedniego EP-kowego singla ("Truth"), skonstruowana w analogiczny sposób: pełna licznego instrumentalnego spektrum, potężnych chórów, genialnie użytych sampli, które w momencie osiągnięcia napięciowego szczytu, w rewolucyjnym wybuchu, zostają w tak piękny sposób przejęte i zredukowane do zera silnie erotyzującą latynoską oprawą, spokojem oraz wyciszeniem odlanym w smutnych i lekko mrocznych barwach, odbijających się rezonansem w słowach – I use hands.

Wolium drugi w moim skromnym odczuciu jawi się w pozytywniejszym świetle – cieszy swoim sensowniejszym, bardziej przemyślanym ułożeniem. Większą materiałową spójnością oraz odczuwalną progresywnością, zbudowaną głównie wokół niesamowitego pierwszego wrażenia, jakie sprawia za pomocą onieśmielającej uwertury "Space Travelers" posiadającej coś z dostojeństwa i nonszalancji Burta Bacharacha, któremu nadano łagodny uśmiech zmieszany z wagnerowską instrumentalną i chóralną posągowością. Za pomocą vocodera i w duchu francuskiego Air schedę po nim przejmuje nawet w połowie przyjemny "Vi Lua, Vi Sol", przechodzący w singlowy "Street Fighter". Zachowawczy, prosty do bólu utwór, który psychodeliczną atmosferą kreowaną lub inspirowaną thundercatowskim dziwactwem i jego wiernym Sancho-basem scala klasyków spirituala z pośpiesznym, cyfrowym XXI wiekiem. Wielu to elektroniczne TU-TUTU TU-TUTU zniesmaczyło... Rozumiem, biorąc pod uwagę, jak wybija się kontrastowo swoim brzmieniem z całej dotychczasowej instrumentalnej puli płyty (co słychać w szczególności przy live'ach), mnie jednak chwyciło, dając prosty moment oddechu. Fajna rzecz wzbogacona świetnym teledyskiem, alkoholowym smutkiem oraz krępującą melancholią, jak u jakiegoś Matta Elliotta w jego pijackich pieśniach.

Tak więc, brać w łapy kielony i lusterka. Ogólną ubogość tego numeru zwalę na komercyjny bat, który zrobił swoje – jednak, o ile jako numer Kamasiego wypada płasko, to jako forma lepiku na nowych słuchaczy może się sprawdzić.

Jest w tej wyliczance jeszcze błogi "Journey", pełen gospelowo-kościelnej symboliki, oraz o mało nie wpadający przez swoje nadęcie w śmieszność "Will You Sing", ucieleśniający to, co w przypadku tego utworu, jak i całej płyty, staje się wybitnie problematyczne – MAKSYMALIZM. To nieumiarkowane dążenie Kamasiego do pokazania: PACZ, JAKI ZE MNIE WIELKI TRANSCENDENTNY JAZZMAN!!!, wypowiedziane po zwaleniu saksofonem kilku wieżowców w Tokio i bitką z jakimiś zmutowanymi oldschoolowymi fanami jazzu. Ten pociąg do wyciągania z ledwo nakreślonych melodycznych strzępków całościowego spektrum możliwości ich wykorzystania, przy jednoczesnym perfidnym zignorowaniu ich selekcji. Branie ich na warsztat i rozciąganie do niebotycznych rozmiarów, tak aby każda, nawet najdziwniejsza permutacja kilku głównych dźwięków, wraz z przestrzenią na solo dla każdego instrumentu mogły się dokonać, niezależnie od woli i progu bólu słuchacza.

Przez to jest to jedna z tych płyt złożonych z kilku doskonałych utworów oraz sporej ilości wypełniaczy, które w większości niemiłosiernie się ciągną (podkreślając pierwszą płytę) – albo poprzez swoje przekombinowanie, albo wręcz przeciwnie, tak jak w powyższym singlowym numerze, rażą swoją przesadną konstrukcyjną prostotą – sprawiając, że przydałoby się tutaj chirurgiczne cięcie redukujące skrajnie nierówną całość do jednej płyty upchanej po brzegi świetnym zbiorem kawałków (szczególnie tych wokalnych), z których – z tego, co dostaliśmy – bezproblemowo mogłoby się to udać. A tak, przez tę męczącą miejscami nudę cierpi jasno określony target muzyki dedykowanej ludziom, którzy jednak nocną jazdę po mieście spędzą lepiej z To Pimp A Butterfly niż z późnym Mingusem, nie przejmując się tym, że tę zabawę świeżo zajawionych dzieciaków puryści skwitują chłodnym uśmieszkiem.

Pozdrawiam, moderator forum Miles.net

Więc w perspektywie bycia ambasadorem jazzu alternatywnego mainstreamu, kim tak naprawdę jest Kamasi? Czy to jest jeszcze "dżez" z prawdziwego zdarzenia, czy może ta kończąca całość, wybijająca się swoją atrakcyjnością Bogurodzica "Will You Sing" pod stertą niewypowiedzianych wzruszeń, przesiąknięta jest posmakiem komercyjnej kiełbasy, stając się kłopotliwym wymiotem tandetnego kiczu, ukrytego pod łatką easy listeningowego "spirytyzmu"? Efektem słowotoku mieniącym się kaznodziejskim oraz prymitywną fałszywą duchowością o subtelności plastikowego odpustu w gminnej parafii?

Nie. Żadnym z nich. Bo pomimo podobnego formalnego zacięcia sprawa jest trudna i aby ją przezwyciężyć, należy uświadomić sobie muzyczny fundament tkwiący w twórczości Kamasiego, tę jego specyficzną prostotę, umiejętnie schowaną pod stertą jazzowego gatunkowego ciężaru, który w samej swojej muzycznej definicji poprzez kolejne instrumentalne sola oraz nieoczywiste zmiany akordów komplikuje wszystko i skutecznie neutralizuje jej (tej prostoty) trującą, niezjadliwą, ocierającą się o kicz podstawę, czyniąc to w sposób taki, w jaki Deafheaven – z pomocą sterty przesterów i jęków, panicznie oraz w mało wysublimowany sposób ukrywa swoją skrajną nieodpowiedniość. Te wszystkie melodramatyczne zapędy, i teoretycznie destrukcyjny pociąg do bycia tłem dla przesadnie sentymentalnych reklam: :

I mógłby z tego być poważny problem, gdyby nie to, że Sunbather to jedna z ulubionych płyt większości z nas, mimo że większość z nas w pełni świadoma jest emocjonalnego szantażu, jaki na nas ona dokonuje. Analogią akceptujemy sposób, w jaki "Truth" wraz ze swoją serią wyciętych z podróżniczego katalogu obrazów oraz nieumiarkowanym patosem działa na nas obezwładniająco. Rozumiemy to i nie psioczymy, bo dzięki temu możemy nasycić głęboko tkwiącą w nas w pełni ludzką potrzebę, będącą chęcią odczuwania od czasu do czasu – oczywiście w zjadliwych dawkach – prostych, nieskrępowanych przesadnym intelektualizmem uczuć, cukierkowych happy endów, objawów sprawiedliwości ludowej, a z nimi także naturalistycznych duchowych wzruszeń wspólnych dla wszystkich. W końcu potrzeba banału podstawą piramidy potrzeb, a zarówno Kamasi, jak i Deafheaven w sposób wyczerpujący i bezpretensjonalny (w prawdzie lekko łopatologiczny) ją zaspokajają, w czym tkwi ich niezaprzeczalna wielkość.

I wiem, że w gorącej dyskusji o wartości w sztuce wszelakiej zautomatyzowanym szacunkiem darzymy nienazwane, nieskatalogowane i niezrozumiałe*, bojąc się stygmatyzującej łatki ignoranta i osoby, która nie kuma dowcipu, zaś niemal prostackie do rozłożenia na części pierwsze rzeczy, takie jak niemal dziecinna w swym emocjonalnym rdzeniu muzyka Kamasiego stoją nam wyjątkowo dużą ością w gardle, stając się ucieleśnieniem strachu przed nagością naszego gustu i wrażliwości. Ale czy w wymiarze sztuki i bezpośredniego radosnego odbioru to ważne, aby być tak pod tym względem nerwowo spiętym? Dobrze mi się tego słucha. Ambitne narzędzia i pretensje chciałbym zostawić na zewnątrz, bezrefleksyjnie ciesząc się tą muzyczną kolorową watą cukrową i klejącymi się od niej rękoma. Zwłaszcza gdy podane są na tak wykwintnej cynowej tacy technicznych zdolności Kamasiego. Więc ostatecznie, z lekką dozą dramatyzmu ja się pytam: jaki degenerat nie lubi waty cukrowej?

kp

*Oprócz Nathana, to cały bank demaskacji snobizmu klas wyższych dokonał nieoceniony Banksy w Wyjściu ze sklepu z pamiątkami. Do teraz na wspomnienie, że Mr. Brainwash istnieje naprawdę, przepala mi wszystkie styki, łącząc ten dramat z odrealnionym wzrokiem desperacko szukającym jakiegokolwiek logicznego ciągu przyczynowo-skutkowego w pękającej rzeczywistości.

Michał Kołaczyk    
11 lipca 2018
BIEŻĄCE
RobynHoney
Steve HauschildtDissolvi