RECENZJE

Kamasi Washington
Harmony Of Difference (EP)

2017, Young Turks 7.5

Chyba już wszystko zostało powiedziane o The Epic w kontekście kondycji XXI-wiecznego jazzu, funkcjonującego jako monolit wraz z akademickim nadbagażem utożsamiających się artystów i odbiorców oraz masowym, archaicznym wyobrażeniem o gatunku, któremu środowisko to samym swoim stylem bycia hołduje. Najodważniejsi mogli wieszczyć renesans recepcji jazzu już wtedy, gdy FlyLo podjął próbę nadania mu nowej, zwarpowanej tożsamości, albo chwilę później, wraz z komunikatem wysyłanym przez Kendricka, ale nijak to się miało do momentu, w którym Kamasi Washington wbił kosę w żebra swoich so-called kolegów po fachu, wydając płytę w formalnie elektronicznej wytwórni i dając koncerty w ramach popularnych festiwalach niczym jakiś nawiedzony podlotek w kolorowych rajtkach. Debiut Amerykanina był albumem jazzowym według każdego możliwego standardu klasyfikacji, w dodatku 3-godzinnym molochem bez choćby jednej zmarnowanej minuty – jak słusznie ujął to Piotr Gołąb w swojej recenzji, dziełem "prawdziwie epickim, w formie i treści, i w każdym znaczeniu".

Nic więc dziwnego, że tym razem Kamasi nieco spuścił z tonu, bo co by nie mówić, Harmony Of Difference brzmi trochę jak zwieńczenie bezkresnego przelotu The Epic miękkim lądowaniem. To skrajnie inna skala przedsięwzięcia, więc i proporcjonalnie mniejsze ciśnienie na wywracanie czegokolwiek do góry nogami. Choć czuć tu lekkie napięcie w szarpanych liniach basu, wyrazistych groove’ach perkusji i śmiałych, wykluwających się gdzieś w trzewiach big-bandowych instrumentacji solówkach samego maestro, całościowo EP-ka ta płynie rozkosznym, wyluzowanym rytmem, nawet jeśli mówimy o rozpędzonym na hard-bopowym paliwie "Humility". Ciężarem nie jest dla niej nawet ambitny, obudowany wokół pojęcia kontrapunktu koncept, badający możliwości tworzenia spójnych, harmonijnych konstrukcji z pozornie różnych czy nawet sprzecznych elementów. Niezwykle ciepłe "Desire" w swoim środku ciężkości stawia konkretny temat melodyczny, podobnie jak następne cztery indeksy: to właśnie centralna rola melodii łączy romantyczne kołysanie "Knowledge", wyrośniętą dość niespodziewanie na przywołującym jakieś "Isis And Osiris" intro, jazz-funkową pulsację "Perspective" i latynoamerykańską fiestę "Integrity". Te opakowane w przeróżne wariacje stylistyczne motywiki objawiają się jak seria nocnych majaków w kolejnych utworach, by wybrzmieć z pełną gorliwością w epickiej (że The Epic się kłania, think "Askim"), finałowej suicie, rozpisanej na orkiestrę, dziewięcioosobowy chór i niezawodnych braci Brunerów.

"Truth" – bo to o nim, rzecz jasna, mowa – stapia wszystkie nakreślone dotychczas wątki w 13 i pół minuty cierpliwej kontemplacji, w której rezonują echa tych największych z największych: namiętność Komedy, rozmach Mingusa, metafizyka Coltrane’a czy wreszcie duchowe podróże Sandersa. W kulminacyjnych momentach harmonie kotłują się niemal dramatycznie, nadając spirytualny akcent kolektywnemu doświadczeniu uczestniczących muzyków. Wciąż jednak poraża spokój, z jakim Kamasi rozegrał ten utwór; jeśli to już noise, to niesamowicie błogi. Przestrzeń tej dwuakordowej kompozycji wypełniają gustowne pasaże gitar, wydarte z gardeł chóru melodie, przepięknej urody narracje klawiszów oraz wibrafonu i wszystko inne, co tylko może być dobre, a rozłożone w idealnych proporcjach, by nie zaburzyć słodkiej równowagi, od której wszystko się zaczęło.

Kiedy w kwietniu po raz pierwszy usłyszałem "Truth", pomyślałem, że już nic więcej mnie w tym roku nie spotka i chociaż bardzo się w tej kwestii pomyliłem, to i tak nie wyobrażam sobie, by można było przejść obok Harmony Of Difference obojętnie. To jednocześnie subtelne wyzwanie intelektualne i odpoczynek na zielonej trawce, filozoficznie nadbudowana koncepcja, ale i celebracja świata poprzez muzykę. Po prostu odtrutka na bolące życie – i tym razem – zaledwie półgodzinna, więc nie ma wymówek.

Wojciech Chełmecki    
25 października 2017
BIEŻĄCE
John MausScreen Memories
Tame Impala"List Of People (To Try And Forget About)"