RECENZJE

Kaliber 44
Ułamek Tarcia

2016, Mystic 5.3

Ostatnie muzyczne powroty robią dużo zamieszania. Weterani wygrzebują się z artystycznych grobowców i próbują za wszelką cenę przekonać świat, że dotychczasowa stagnacja to tylko chwilowe zaburzenie tętna, a nie permanentny stan spoczynku. Oczywiście nie ma żadnego problemu, jeśli przyczyną takiej rezurekcji jest rzeczywiście chęć pokazania, że ma się jeszcze coś do powiedzenia. Wtedy klepiemy dinozaura po plecach i podziwiamy jego odwagę w starciu z własną legendą. Niestety nie każdy emerytowany bokser wciąż potrafi zadawać celne sierpowe.

Reaktywacja Kalibra 44 była czymś z góry przesądzonym. Od pierwszych dni po rozpadzie formacji aż do dnia dzisiejszego katowiccy raperzy byli nagabywani przez swój fanbase o nagranie kolejnego albumu. Zamęczeni tymi prośbami Abradab i Joka w końcu zdecydowali się spełnić oczekiwania. Po 16 latach od premiery 3:44 powstała kolejna pozycja, którą wierni słuchacze mogą postawić na półce obok pozostałych trzech kultowych wydawnictw. Niestety może się ona tam znaleźć jedynie w fizycznie, bo poziomem artystycznym nie ma startu do Kalibrowego kanonu.

Abradab i Joka strzelają sobie najbardziej oczywistego samobója, uparcie nawiązując do czasów własnej świetności. To przywiązanie do poprzednich dekad widać choćby w ostentacyjnie tradycjonalistycznych podkładach – są ładnie wyprodukowane, ale ich kompetentność ogranicza się do sprawdzonych schematów. Zespół, który debiutował jedną z najbardziej osobliwych płyt w polskim rapie, obecnie klei przewidywalne rymy na tle stereotypowo "oldschoolowych" dźwięków. Nie można oczywiście odmówić tym utworom pewnej melodyjności w typie, który dobrze wpisuje się w tradycje piosenek do auta. Mamy jednak XXI wiek i chwalenie polskiego hip-hopu za to, że brzmi profesjonalnie, po prostu mija się z celem.

Kolejnym problemem jest liryczna forma gospodarzy. Teksty na Ułamku Tarcia może nie kłują w uszy, ale prezentują podobnie neutralną poprawność, co strona muzyczna. Abradab atakuje nas w niemal 18 utworach skreślonymi od linijki wersami, które nie różnią się niczym od jego popisów na solowych płytach. Z kolei wkład Joki jest tak skandalicznie znikomy, że sprawia wrażenie gościnnych występów. Trochę szkoda, bo jego ograniczone warsztatowo, proste flow zdradza więcej pasji i emocji niż nawinięte z temperamentem księgowego mętne historie Abradaba.

Jednak najbardziej rozczarowują nie poszczególne wersy czy beaty, a raczej ogólny koncept, na którym opiera się ta płyta. Członkowie Kalibra chcieli za wszelką cenę udowodnić, że będąc raperami w średnim wieku, mogą stworzyć ciekawe i dojrzałe dzieło muzyczne, prezentujące inny punkt widzenia niż ten, który kojarzymy z ich poprzednich dokonań. Niestety kompletnie im się to nie udało, ponieważ swój pomysł ograniczyli do rzucanych co jakiś czas od niechcenia linijek o tym, że mają czterdzieści lat i dwójkę dzieci. Tego typu wtręty to tylko zasłona dymna panów w średnim wieku, którzy najwyraźniej zatrzymali się w innej epoce. Samplowanie Magika, budowanie całych utworów na autocytatach i eksplorowanie bez przerwy tych samych tematów – to wszystko składa się w dość nijaką całość. Finalny produkt może i jest przystępny, ale również strasznie nudny i nienadający się do długotrwałej konsumpcji.

Łukasz Krajnik    
12 kwietnia 2016
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja