RECENZJE

Kali Uchis
Isolation

2018, Virgin EMI / Universal 7.2

Cześć, jestem kobietą piszącą na Porcys. To dziwne, wiem. ("(…)ogólny wizerunek [Porcys] wyklucza kobiecość. Udział "dziewcząt" zagraża spójności imidżu i "paczki", jak pisze Filip Szałasek o tu). Może się też zdarzyć, drogi czytelniku, że też, tak jak ja, jesteś kobietą, ale to nic, nie ma się czym przejmować, to się czasem zdarza. W tej recenzji – kobieta o kobiecie. Jest to dla tego tekstu wartość dodatnia, ujemna czy zupełnie żadna? Wstrzymuję się chwilowo od odpowiedzi – pas, nie wiem, zobaczę, zobaczycie. Na aktualnie rozpościerającej się w naszych świadomościach scenie muzycznej, kobiet zdolnych i ważnych nie brakuje, a jeżeli już ktokolwiek chciałby pokusić się o wniosek przeciwny, to – według mnie – bynajmniej nie brakuje ich dlatego, że są (przez krytykę) pomijane. Nie mam ochoty na rozburzanie samej siebie poprzez próbę malowania tutaj melodramatycznego dyskursu femi*******nego, zamiast pisania recenzji, bo moja autodiagnoza brzmi – (nigdy niewychodzący z mody) cyniczny realizm; staram się wierzyć w zdrowy rozsądek, który mówi mi, że różnimy się wszyscy między sobą głównie biologicznie (genetyczne), i tylko dodatkowo kulturowo (ale to jest zupełnie inna para klapek, ja czasem noszę te klapki na nogach, ale na oczach ich, kurwa, raczej nie noszę).

Pominę środek, zacznę od zdanka podsumowującego ten album – Kali Uchis naprawdę nagrała płytę bardzo dobrą, zasługującą według mnie, teraz w kwietniu, na łatkę debiutu roku. Isolation to jak najwspółcześniej brzmiący pop zanurzony w falach retro r&b; sensualno-seksualny neo-soul przepleciony latynoskim warkoczem z dancehallu i reggeatone'u, ale też chwilami jazz, funk czy bossa nova w otwierającym płytę "Body Language". Debiut dwudziestoczteroletniej Kolumbijki naszprycowany jest kooperacjami z ludźmi, o których trudno jest powiedzieć, że są – komukolwiek, kto nie czuje się współcześnie muzycznym ignorantem – obojętne. Postacie wielkie, będące dużo dalej i dużo wyżej niż młodziutka Kali, takie jak: Tyler, The Creator, Damon Albarn, Steve Lacy, Romil Hemnani z Brockhampton, Kevin Parker, Jorja Smith, Thundercat i jeszcze trochę innych, ale wciąż fajnych ludzi. Bez słuchania Isolation, ale przy znajomości listy featuringów, można by pomyśleć, że Kali się gdzieś zgubi, że debiutancko się skuli przy takich gwiazdach, ale przeciwnie, ona błyszczy tu zdecydowanie najmocniej. Nasza gwiazdka ma młody, świeży i kobieco-przytulający głos, który jest fundamentem tej produkcji, ale nie dajcie się zwieść, że to słodka i głupiutka, acz dobra pop-płytka, bo goddamn, ona pod przykrywką zajebistej muzyki i miłosnych podśpiewywań mówi kilka ważnych rzeczy, więc osądzanie tej płyty według kryteriów wyłącznie muzycznych byłoby wobec niej niemałą zniewagą, jak sądzę.

Nad całym przekrojem płyty rozciąga się szerokie tło odniesień do polityki i tego, co się obecnie dzieje na świecie – od Trumpa i tego, jaki jest wspaniałomyślny dla latynoskiej ludności w Stanach ("Miami"), poprzez krytykę kapitalizmu ("Your Teeth On My Neck"), sytuację ekonomiczno-społeczną w Kolumbii – wzmagający się problem prostytucji podczas wycieczki młodych dziewczyn do spełnienia American Dream ("Tyrant"), aż po niewygodne miejsce (atrakcyjnej i seksownej) kobiety w złym, patriarchalnym świecie ("Dead To Me"). Kali śpiewa w rozleniwionym "Miami" – "but why would I be Kim, I could be Kanye" (nawiązując do teledysku "Bound 2") – i mnie się ta myśl bardzo podoba; nie chodzi tu głównie o damsko-męskie przepychanki, ale o ambicje i sposób podbijania świata i robienia swojego show – nie zjawiskowym ciałem, a niezwykłym pomysłem, czymś więcej. Trochę dopowiadam, bo konkretnie o tej piosence i o tej linijce mówiła Kali w rozmowie dla Pitchforka, gdy opowiadała o swoim ex-chłopcu i o swoim podejściu do związków ("I'm not the Kim on your motorcycle, bitch. I'm the one riding the shit"), ale chyba nie odleciałam za bardzo. Kali mówi o sobie wiele, ale zna granice, nie uprawia mentalnego striptizu, sama o sobie mówi, że prywatnie jest bardziej "closed off person", a zapytana o "Feel Like A Fool", powiedziała, że prawdziwa historia jest zbyt osobista, by ją opowiadać.

Poza istotnością tematyczną, która składa się na ponadsiódemkową ocenę tego albumu, nie mogę sobie odmówić tego banalnego stwierdzenia, że Isolation po prostu brzmi oszałamiająco przyjemnie – buja mnie jak Morze Martwe i trzyma przy życiu, gdy trzymam się autobusowej poręczy, a obok mnie jakieś dziecko ryczy lub jęczy. (Tylko w duecie z Tylerem, wersami – "So if you need a hero / Just look in the mirror" czuję się jakbym dostała w mordę, ale to nic). Bujanki w latynoskim stylu lubią podchwycać też zupełnie nielatynoscy ludzie (Justin Bieber, Ed Sheeran), na których Kali wzdycha zrezygnowana, a ja się nie odniosę, bo to akurat mnie zupełnie nie interesuje.

Moja ulubiona część składowa Kali Uchis (poza jej policzkami), to jej samoświadomość, którą cała emanuje – którą da się i usłyszeć, i zobaczyć (rzućcie okiem na teledyski). Przed ostatnim refrenem w "Coming Home – Interlude", Kali nawiązuje do słów wypowiedzianych kiedyś przez Ditę Von Teese – "You can be the ripest, juiciest peach in the world, and there’s still going to be somebody who hates peaches", i ja to zdanie zostawię jako ostatnie – bo jest dla mnie najbardziej znaczące; bez pożegnania na końcu po przywitaniu na początku, bo zawsze lepiej jest się witać niż żegnać, moi drodzy.

Adela Kiszka    
27 kwietnia 2018
BIEŻĄCE
SpiritualizedAnd Nothing Hurt
NonameRoom 25