RECENZJE

Kairon; IRSE!
Ruination

2017, Svart 7.4

Czy rock może zmienić świat? Ten w fińskim wydaniu nie posiada raczej żadnych iście prometejskich, wyróżniających go cech, niemniej będąc świadectwem wyznawania pewnej obrzydliwej i odrzucającej miłości do formy, ma realne szanse zaistnieć w świadomości zbiorowej zatwardziałych progowców. Albo inaczej – mógłby trafić do tych, którzy nazywają powracającego Jakko Jakszyka "młodym, zdolnym", bo przecież jeszcze nie przekroczył sześćdziesiątego roku życia. I tak Wiesław Weiss w bliżej nieokreślonej, alternatywnej rzeczywistości rozpływa się właśnie nad Kairon; IRSE!, bowiem uwierzył, że Internet to nie ta kraina, gdzie diabeł mówi dobranoc i pierwszy raz wrócił z wypraw po jej przepastnym bezkresie nie z rękoma skrępowanymi dybami ignorancji, a z tarczą - z odkryciem, łał. Schodząc jednak na ziemię: fiński kwartet ma po prostu realne szanse stać się ulubioną współczesną płytą tatusiów, którym stuknęło już pięćdziesiąt lat na tym łez padole. Tutaj wszystko już na wstępie aż bije po uszach rzetelnym sprawozdaniem z kilku najważniejszych prądów wyróżnionych w najbardziej (dla świata 3.0) przebrzmiałym gatunku muzyki gitarocentrycznej. Stąd – za Wyspiańskim – "nie dziwota, nie dziwota", że młody konsument folder Ruination przeciągnie kursorem myszki do kosza już po pierwszym odsłuchu. Bo jemu, nawet na zasadzie "kojarzenia podświadomego", nie jest obca swoista wynalazczość Jasona Pierce'a, a termin shoegaze nie wiąże z pojęciem żywcem wyrwanym z menu pobliskiej azjatyckiej knajpy.

Nie chcę jednak mojej dwudziestoletniej głowy spętać jakimś łańcuchem progerii, że tylko Yes-Pink Floyd-Genesis się liczą. Ani przybierać nieznośnie mentorskiego tonu, no ale żeby w pełni zrozumieć fenomen najnowszego krążka Kairon; IRSE! należałoby interpretować go poprzez inne teksty kultury; jakąś intertekstualność nie literacką, a muzyczną. Kiedy już wybaczymy chłopakom, że z landów ekstatycznej improwizacji stanowiącej o niesłychanej intensywności ich koncertów promujących płytę Ujubasajuba przenieśli się oni do studia, a następnie z akademicką dokładnością rozpisali wszelkie partytury, to wtedy możemy wejść na ten poziom, kiedy docenimy badawcze zakusy zespołu. Że studiują relacje pomiędzy neo-psychodelią a wyspiarskim progiem oraz analizują cechy wspólne niemieckiego kraut-, hipnotycznego space- oraz powykręcanego indie rocka spod znaku Dungen. Nie zapominając przy tym, by cały ten stylistyczny miszmasz potraktować dressingiem zdradzającym fascynacje tytaniczną pracą muzycznych gigantów końca lat sześćdziesiątych i początku siedemdziesiątych. Tak właśnie wygląda krążek zaprogramowany, wykalkulowany, spełniony – mający spodobać się krytyce na tyle, by ta przyjęła go niemal (sic!) bezkrytycznie, rozpływając się przy tym nad fenomenalnością połączenia tego, co passé z tematami chodliwymi. Stąd Ruination produkuje facet związany na co dzień z uprawiającą psychodeliczny metal kapelą Oranssi Pazuzu. Dalej: Kairon; IRSE! pakują w swoje kompozycje niewyobrażalnie dużo "ciężkości" pierwszych King Crimson i folkowego zacięcia rodem z płyt Jethro Tull. Jednocześnie spajają to z wizją intensywnych faktur wspomnianego już dziś Pierce'a, który doskonale udźwięczniał wątpliwości (co do formy), faceta stojącego w wiecznym rozkroku pomiędzy hipnagogicznym rockiem a proto-shoegazem. Dowód? "Llullaillaco" brzmi jak zderzenie generycznego amerykańskiego popu z uroczo chropowatą garażówką uprawianą przez Spacemen 3 na psychodelikach. Z kolei następująca po tej PIOSENCE siedmiominutowa suita sili się – zresztą z powodzeniem – na coś na kształt progrockowego crossoveru. W oczywisty sposób zrywa ze sztywną formułą "zwrotka-refren-zwrotka", rozlewa bardzo dużo fusion jazzu (mowa tu zwłaszcza o sekcji rytmicznej), a miejscami nawet czystego jazz-rocka (obecność Andreasa Heino na saksofonie) i niespodziewanie odbija w zupełnie niezrozumiałą stronę – sięga po riffy rodem z metalowych interpretacji Dream Theater. To jest ten moment, w którym Kairon; IRSE! znajdują się najbliżej "siebie" z ich dwóch pierwszych płyt. Ten ulokowany w samym środki tracklisty epizod dzikości i nonszalancji. Okazjonalny zarówno względem początku płyty, jak i jej końca. Ruination otwiera bowiem cechująca się dużym nasyceniem przestero-fuzzowego soundu dwudziestopięciominutowa kompozycja. Dwuczęściowy utwór, który w najlepsze żongluje schematami harmonicznymi i rytmicznymi, razi keyboardowo-syntezatorowymi arpeggiami à la kosmische musik i w żadnym wypadku nie daje szans na regularne crescendo, gdyż zmianami natężenia jesteśmy zaskakiwani niemal na każdym kroku. Klasyczny rock eksperymentalny ery nieśmiałej elektronizacji, hmm.

Kairon; IRSE! wydają płytę mogącą się podobać tym zasiedziałym w poprzednich dekadach. Pięć kompozycji jest dowodem na to, że można uprawiać pewien "futuryzm" nawet w obrębie dość ujednoznacznionych gatunków. Kairon; IRSE! wydają również płytę mogącą się podobać tym odrzucającym butę i nadętość muzyki gitarowej poprzednich dekad. Pięć kompozycji jest dowodem na to, że śmiało można uprawiać "retromanię" w nu-gaze'owych formach. Dawno nie było tak granicznej, a jednocześnie tak uniwersalnej płyty dyskutującej o koncepcji "formy" w ogóle. Bo to właśnie tego rodzaju prowokacja – pytanie o to, czy doskonały songwriting obroni się sam, czy jednak kontekst gatunkowy przygniecie warsztat i treść, i moda na awersję wykopie grób kolejnemu niezrozumianemu indywiduum.

Witold Tyczka    
21 marca 2017
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja