RECENZJE

Juvelen
1

2008, Hybris 7.4

Pierwszy odsłuch kawałków dostępowych na MySpace skończył się następnego dnia na ciężkim kacu, spod którego wypływał jeszcze skandal towarzyski, rozterki młodych dziewcząt i następujące równanie:
infinity widetilde {left lbrace log(exp(ital lllint 1 ) ) right rbrace } `matrix{coprophagous empty set size left ldline size prod coth(tanh(arcoth(exists nroot{setR sum 3 }{5} ) ) ) {{neg 4 } widespread {"You can’t really mention Prince as an influence these days, can you?"} ortho p67 # 8578578578 ## 753222 # 5534.7788} {size %ALFA%ALFAsetR {877} } overbalance {0.9988777666} ln(alignement ln(1987) )

It’s been a while, but finally the album is ready to be released.
Enjoy! !!!!!

Ale to jakiś czas temu. W dziś dzień bądźcie świadomi, że wasze siostry nie są bezpieczne. Wasze dziewczyny, jeśli macie wystające brzuchy i nieświeży zarost, tym bardziej; tym bardziej, że to najprawdopodobniej typ, który nie ucieknie pod najbliższy postój taksówek usłyszawszy "wiesz, chciałabym, jasne, ale jutro mam egzamin" (egzamin w kwietniu – pomyśl). I jeszcze naopowiada, że się zakochał czy coś. Oczywiście wcale nie musi tak być, ale gubi się konwencję kiedy zamiast morza cipek i solówek dostajemy moc keyboardu i nieśmiałe pocałunki, czego dowodzi przywoływanie rozmaitych albumów sprzed '91 przez ogólnoświatową pop krytykę. Nie dajcie się zwieść, Juvelen to zdziecinniała, potrafiąca wyszeptać niezrozumiałą ilość sylab na sekundę w co czwartym kawałku (wtedy powiewa Jackson 5 przewijanymi taśmą), wersja telewizyjnego macho w stylu bohaterów Showtime’u, Hank Moody czy jakoś, z indiepopowym rynsztunkiem powplatanym w zmaskulinizowaną oraz upstrzoną syntetycznymi witrażykami estetykę Sugababes.

"A Dream" na przykład sypie jakimiś punkcikami o organowym rodowodzie, między zwrotkami, żeby potem z dark-cośtam się nie oszczędzić (myśl Sally Saphiro, Chromatics). Nie jest to nic porównywalnego z euro-tańcem, princeską – jednak – "Don't Mess" i jeśli mi powiecie kto ostatnio nagrał coś podobnego do strunowego temaciku z fragmentu o sukcesie tam – mostkiem powiewa – kupię wam lizaka (podpowiedź: Ris Paul Ric. W ogóle Ris Paul bywa tu kluczem. "Oooo, jak Ris Paul Ric, tylko w chuj syntezatora!". "Gdzie jest cowbell?". "Jest trochę gitary".). "Money Don't Talk" najlepsza manifestacja crossoveru 80s/90s od początku lat 90., z breakami i erytropopowym refrenem. "Everytime" przygaszony, elektro-shoegazerski zanim dojdzie do neworderowego rozbudowania fabuły, z tym że jakby chciał zjeść membranę – nie wiem, laski to lubią? Jedzenie kabli? Tam wkłada się magnes do cholery. Junior Boys spotykają Akcent.

Jedynym tak zwanym mankamentem jest powtórność materiału; czego stąd nie znaliśmy pół roku temu, więcej nawet? Z przyzwoitości nikt wam nie powie jak obleśne to asekuranctwo. I jesteśmy przy boysbandzie ("kmini o frykcjach"), który nie jest raczej bandem, a tym, czym powinien być pop już dawno gdyby nie globalna retardacja. "Oh it's not right it's not okay" swoją drogą – to kraniec zachodniej cywilizacji, jak już hypuje się coś na blogu, to po co najmniej angielsku.

Mateusz Jędras    
25 kwietnia 2008
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy