RECENZJE

Justin Bieber
Believe

2012, Island 4.7

Każdy, kto pogrzebał kategorię guilty pleasure, czekał na dobry album Biebera – stało się to oczywiste wraz z entuzjastyczną recenzją Andżeliki Kaczorowskiej, do której teraz chcąc czy nie chcąc trzeba się odnieść. Czy jest coś bardziej open-minded niż jaranie się krążkiem najbardziej znienawidzonej postaci współczesnego popu, co więcej, czerpania z niego emocjonalnych przeżyć? Fajnie, tylko że wszystkie mury już runęły, co zresztą doprowadziło nas po raz kolejny do pojęciowego i recenzenckiego bałaganu, relatywnego błądzenia, ukrywania, że wcale tak nie jest i nieumiejętności odpowiedzenia na szereg pytań, które przynajmniej we mnie ta płyta wywołuje. Każda perspektywa patrzenia na tę płytę jest słuszna i do obronienia, tylko że żadna z nich nie oddaje tego, co myślę o Believe, podczas gdy w ich zestawieniu gubią się ich najważniejsze cechy.

Ani narracja od zera od bohatera, ani jej zaprzeczenie, ani to, że "będąc chłopcem możesz jeździć na wakacje z Kim Kardashian, występować w show à la Michael Jackson, możesz mieć na koncie miliony i film autobiograficzny w 3D, ale nie możesz wiarygodnie śpiewać o miłości", ani brak "biberesku", jako "chwytu, po którym od razu poznaje się, że dany kawałek zrobił lub zainspirował Bieber", ani kwestia tego, czy wydoroślał, czy raczej nie – wszystko to może być ciekawe, ale jakoś nie jest nazbyt pomocne w odpowiedzi na pytanie dlaczego ta płyta mi się raczej nie podoba. Ok, należy przede wszystkim przyznać, że drastycznie ciężko zidentyfikować jej target, a to dla mainstreamowej płyty problem podstawowy – przy czym należy pamiętać, że adekwatność tekstu kultury popularnej to potencjał w nim tkwiący, a nie cecha. Kwestia tego, czy Bieber jako chłopiec jest nieautentyczny, gdy śpiewa o miłości, przez co nie pokocha go zmaskulinizowana krytyka, pewnie od razu do pewnego stopnia jakoś delegitymizuje moją opinie, ale nie powiedziałbym, żeby to był podstawowy problem tej płyty – nawet nie uważam, że jego ballady są słabe, bo jako niedojrzały chłopiec nie jest w stanie poruszać moich uczuć, ale dlatego, że tego typu kompozycje są nudnymi kalkami, niezależnie od tego, czy wypluwa je 15-, 30- czy 60-latek. Mimo wszystko o adekwatność rozbija się tu dla mnie cały problem: nie uważam, żeby istniało wiele punktów styczności między tą płytą, a moim życiem i powiązanymi z nim potrzebami estetycznymi, mojego związku z muzyką popową i tego zainteresowania jako elementu tożsamości.

W muzyce popowej chyba najbardziej interesują mnie dwie rzeczy: z jednej strony nawet drobne wykroczenia poza schemat popowej piosenki, jednak bez drastycznego naruszania jej charakteru, z drugiej strony pewne muzyczno-retoryczne chwyty (często to po prostu hooki). To właśnie dlatego chętnie przyglądam się wielowarstwowym popowym produkcjom z Azji, czy wyznaję wczesnego Timbalanda, a jednocześnie szaleję na punkcie "Call Me Maybe", z banalnymi, ale bezwzględnymi smykami w refrenie i mocnej stopie, w której widzę zresztą źródło sukcesu utworu – po prostu "nóżka od razu chodzi". Na pewno mam też swoje wzory idealne wokalistek i wokalistów – zawsze zainteresuje mnie kolejna śpiewająca dziewczyna jakoś ewokująca Kylie lub wczesną Madonnę. W przypadku facetów podstawowy wzór ustanowił Prince i całkiem nieźle kontynuował go Timberlake – nieważne, że w większości utożsamia się go z Jacksonem, kluczem dla mnie jest taka umiejętność wokalnego artykułowania seksualności, że laski kochają, a faceci chcą nim być – umówmy się, że u Jacksona to się zbyt często nie zdarzało, ale jego adolescencja stanowi osobną, wysoko cenioną przeze mnie wartość.

Piszę o tym dlatego, że uważam mimo wszystko za istotne, kto i jak śpiewa. To w mniejszym stopniu kwestia autentyczności, bardziej właśnie umiejętności stosowania pewnych chwytów. Gdy Bieber przyjmuje pozycję młodego seks-boga, wypada karykaturalnie nie tylko dlatego, że nie nadaje się do tego jako postać, ale po prostu jego wokal nie pasuje do takiej kreacji. Jest zbyt delikatny, chłopięcy właśnie – i o ile w "Boyfriend" ta delikatność ciekawie się zderza z młodzieńczą zalotnością w prechorusie i refrenie, to w quasi-rapowanej części wypada kiczowato, co na szczęście w połączeniu z absurdalnym tekstem przynosi pozytywny, bo wywrotowy efekt. Ale już na przykład w "All Around The World", utworze przypominającym mi nie single Tiesto, a potworki typu Kazaky, w swojej pozie hedonistycznego, skaczącego w klubach chłopaka wypada tanio i co tu dużo mówić, uberpedalsko, niczym chyba każdy popowy wokalista z Rumunii. Z drugiej strony, gdy próbuje grać adolescencją czy emocjonalnością, zbyt mocno uderza mnie, że nie tylko Jackson, ale też nawet Diggy, potrafią robić to o wiele lepiej. Najmocniej obnaża ten problem utwór z Drakiem – kolaboracja niby oczywista, w której jednak Justin jest plastikową gorszą kopią. Więc jasne, nie wierzę mu w balladach, bo faktycznie, jest przezroczystym chłopcem, ale nie kręcą mnie one przede wszystkim dlatego, że nie znajduję w nich poszukiwanych przeze mnie chwytów i drobnych przekroczeń konwencji.

Piosenki oparte na samych chwytach potrafią zmusić mnie do słuchania w kółko – wcale nie potrzebują innowacyjności, żeby zadziałać, choć pewnie rzadko przebiją się poza próg siódemkowy. Z kolei utwory, którym brakuje chwytów, ale nadrabiają owymi przekroczeniami, mają marne szanse na repeat i szczerą sympatię. Taki jest problem najmocniej wyróżniającego się w zestawie "As Long As You Love Me", w którym przetworzone i zloopowane słowo "love" rozbraja mnie każdorazowo – z jednej strony to niespotykany zabieg, z drugiej ewidentny hook. A jednak podobna digi-ballada inspirowana dubstepem, czyli "Inside Out" z ostatniej płyty Spears, ilością chwytliwych melodii, zwrotów akcji i różnych szczególików rozwala "As Long…" w przedbiegach. Do momentu nadejścia refrenu nie dzieje się właściwie nic specjalnie fajnego. Przyglądając się zebranym tu piosenkom z tej perspektywy, faktycznie najbardziej udanym utworem jest "Maria" – bo to zabawna trawestacja "Billie Jean", która tętni prince-neptunesowym dziedzictwem, choć zawodzi nudnym refrenem.

Na chwilę obecną, Justin Bieber nie jest popgwiazdą kompletną. Tym materiałem odsunął się od stricte teen-popowych klimatów i być może zamiast do 13-latków, trafia nim do 15-latków, daleko mu jednak na pewno do takiej siły rażenia, jaką w co najmniej kilku grupach wiekowych ma choćby Rihanna i to mimo różnorodności utworów. Nie nagrał też kompletnego albumu. Na dodatek wydał longplay, gdzie nie znalazłem ani jednego idealnie złożonego przeboju. W kilku utworach odkryłem fajne chwyty (choćby pauzy w prechorusie w "Die In Your Arms", relaksujące pady i perkusja w "One Love"), znacznie rzadziej jakieś konwencjonalne przekroczenia, bo przecież ciężko jest już tak dzisiaj określać rave'owe czy dubstepowe elementy. Próżno jednak szukać wśród tych 16 ścieżek utworu, który swoją zabójczą kompozycją i niecodziennymi środkami zmusiłby mnie do repeatu. Właśnie w tym widzę źródło wszystkich problemów Believe – "Favorite Girl" z jego pierwszej EP-ki bije niemal każdy fragment Believe ilością hooków, cukierkowo-kruchą fakturą synthów i klimatem puppy love, w który łatwiej mi uwierzyć.

Kamil Babacz    
6 lipca 2012
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja