RECENZJE

Junior Boys
So This Is Goodbye

2006, Domino 7.3

Wiem, że wiele osób rozpoczyna pisanie o Junior Boys w podobny sposób, ale muszę, wybaczcie.

Po raz pierwszy posłuchałem Last Exit równe dwa lata temu. Dokładnie, co do dnia. Wiąże się z tym pewna zabawna historyjka, więc nie odmówię sobie przyjemności jej przytoczenia. Na drugim, tym mniej klasycznym i znacznie mniej radosnym wyjeździe klanowym, Jacek Kinowski, który dostał ów album tamże od dopiero co przyjezdnego z NY Zagrobca (standard), zgodził się wypożyczyć mi to cacko na nocny odbiór. Warto tu dopowiedzieć, że debiutancki longplay JB był wtedy dla nas najbardziej oczekiwaną nową pozycją w muzyce i trzymaliśmy mocno kciuki za jego artystyczny sukces, zwłaszcza w świetle hipnotyzującej, urokliwej EP-ki z jesieni 2003. Cały drżałem z przejęcia że oto za chwilę poznam kolejne odcinki opowieści zapoczątkowanej przez "Birthday". Podczas więc, gdy na łóżku obok Greku zgłębiał wczesne Destroyery, a z sąsiedniego pokoju dobiegały strzępki nocnych dysput Szatowa i Dara ("Ale wiesz, słuchanie Modest Mouse, swojego ukochanego zespołu, z mp3, to tak jak by.. tak jak by.. yy.. no nie wiem.. tak jak byś pieprzył się ze zdjeciem swojej dziewczyny!"), ja szykowałem misterium. Był tylko jeden warunek: Jacek wyjeżdżał – bodaj z powodu egzaminu – o dzień wcześniej, właśnie następnego ranka. I prosił mnie, bym zostawił płytę na krześle przy wejściu (mieszkaliśmy w osobnych domkach, oddalonych zresztą o dwa metry od siebie, nieważne).

Łatwo się domyślić epilogu: płyty Jacek ze sobą do domu nie zabrał, bo z wrażenia zapomniałem zostawić otwarty zamek do drzwi. Biedny Jacek dobijał się o świcie kilka minut, aż zrezygnował. "Haha". Ale miałem usprawiedliwienie. Czy ktoś zna to uczucie percepcji nowej muzyki w stanie zimnej maligny? To coś jak oglądanie filmów wyświetlanych na projektorach podświadomości. Podąża się za każdym śladem dźwiękowym, każdym tropem słownym, intuicyjnie próbując ułożyć z tych sygnałów pejzaż i narrację. I mógłbym wam nie zdradzać jak cholernie bezbronny czułem się wobec kolejnych kart odsłanianych mi przez "zespół" w tamtą noc, ale niestety muszę to zrobić, gdyż stopień osobistej relacji z Last Exit to dlań kluczowe kryterium weryfikacji. Chłonąc inercyjnie sączony do uszu srebrny foniczny pył śledziłem te hiper-depresyjne, obsesyjnie smutne fabułki o niedostępnych, wyidealizowanych obiektach platonicznego uczucia tudzież rozpadających się związkach, by w finale przytaknąć przed samym sobą, że komentują one moje własne życie aż zbyt precyzyjnie. Jednocześnie zastanawiałem się w jaki sposób te lamentujące miniaturki potrafią być tak "słodkie", "skoczne" i "eleganckie". Rano, gdy się obudziłem, spojrzałem na ascetyczną w estetyce okładkę krążka i nagle wyczułem, że kryje on wielopoziomowe doznania na wiele lat.

Last Exit to długodystansowiec i kto wie, gdzie dobiegnie. Gdy nadeszła pora rankingów, dopiero się rozpędzał, podczas gdy rywale pruli u szczytu prędkości. Dziś nie mam wątpliwości co do mojej płyty 2004, ale nie mam też wątpliwości w o wiele ważniejszej kwestii: obcujemy tu z "modern classic", z rzadko dziś spotykaną sytuacją, gdy album na naszych oczach przeobraża się z sezonowej rewelacji w giganta na skalę dziejów. Jeśli inni nasi faworyci sprzed paru lat nieraz nieco się dewaluują, to ktokolwiek zapytany o Last Exit przyznałby podejrzaną trwałość i moc jego odziaływania, wzrastającą jak na drożdżach. And why? Hm, student muzykologii zaszpanowałby w tym miejscu tyradą o diatonicznych fugato, mikropolirytmii, deseniach ilustracyjnych, pizzikato, scordaturze, widmach alikwotowych i nietemperowanych interwałach pojawiących się (albo i nie, nie wiem) na przestrzeni dzieła. Tylko że te mądre i wzbudzające podziw określenia są tu akurat zbędne, a istotne jest coś innego. Mianowicie to, iż Jeremy wyczarował na Last Exit własną koncepcję kosmologiczną, w której centralny punkt wszechświata stanowi człowiek z jego sercowymi rozterkami. I jak mało kto zdołał przekonująco udowodnić, że te banalne wydawałoby się problemiki na odpowiednim powiększeniu przez mikroskop są esencją naszego bytu, przy której inne sprawy nie znaczą NIC. W recepcji przekłada się to na pieprzone wzruszenia do szpiku kości, porównywalne jedynie z wyczynami Dulliego (ziom działający na podobnym polu filozoficznym, a także poetyckim – check umiejętność prostego wyrażenia skomplikowanych uczuciowych treści). Przekłada się na to, że zanucenie "These days are getting longer" pod nosem uruchamia szereg intymnych asocjacji zdolnych wywołać załamanie nerwowe.

Paul Nowotarski (21-08-2006 0:45)
bardzo spoko ale nie przeskakuje pierwszej
Ja (21-08-2006 0:45)
heh
Ja (21-08-2006 0:46)
pierwszą coś przeskakuje?
Paul Nowotarski (21-08-2006 0:46)
ja nie
Paul Nowotarski (21-08-2006 0:47)
(żart)
Paul Nowotarski (21-08-2006 0:47)
(być moze mało śmieszny)

Poprzeczka ustawiona debiutem uczuliła oczekujących na So This Is Goodbye, i słusznie. Zacznijmy od tego, że to inna płyta. Geneza jej powstania tłumaczy dość klarownie te różnice. Dark zostawił Greenspana samego w trakcie pracy nad Last Exit; teraz wydał EP-kę 2step/electro, gdzie odnajdziemy wszystkie elementy brakujące na So This. Jeremy natomiast pracował z realizatorem Mattem Didemusem i wyszła im rzecz pozbawiona fajerwerków rytmicznych lub fascynujących udziwnień bitu. Wyłącznie w zwrotce "Like A Child" – jednego z absolutnych highlightów zestawu – pojawia się tak szaleńczo oczekiwane, charakterystyczne "podcięcie". Konkretnie na 1:17 (2:36, 3:02), 1:26 (2:45, 3:11), 1:44 i 1:52 (2:54). I potem znika! Bit staje się znów regularny! Dlaczego! Ktoś powie, że to są drobiazgi, jakieś detale, i kto by się tym przejmował. Ale dla uważnego penetratora wszystkich programatorskich zakamarków Last Exit, takie szczegóły grają niebagatelną rolę. (Gwoli ścisłości, "podcięcie" owo powraca jeszcze na 4:47, 4:55 i 5:05.) I jeśli coś głównie doskwiera, to właśnie deficyt wygibasów w loopach perkusyjnych. Lecz raz się przyzwyczaisz do proporcjonalnych, repetytywnych konstrukcji i tę przeszkodę będziesz miał/a za sobą.

Następny wątek z serii "czepiam się, bo ich uwielbiam" to lekkie spowszednienie uprawianej stylistyki. Ze sceptykami zarzucającymi Last Exit wtórność łatwo było wojować, bo choć rzucano porównaniami do eklektycznego studyjnego arcydzieła Cupid & Psyche, nieprzewidywalnych pętli Timbalanda czy kolorystycznego avant-disco Russella, to płyta jawiła się "niepodzielnym" wytworem, jak ktoś to ujął "wzorcem" i można zaryzykować tezę, że drugiej "Bellony" czy "High Come Down" po prostu nie ma. So This Is to zaś – co w kontekście poprzedniego akapitu nie powinno nikogo dziwić – wycieczka w jasno zdefiniowane środowisko synth-popu. "Count Souvenirs" mogłoby pochodzić z Ultra, trip-hopowej eskapady Depeche Mode. "Caught In A Wave", "Like A Child" i title track zawierają echa patentów późnego Kraftwerk. I generalnie unoszą się 80s przesadnie obficie nad teksturami (OMD padło gdzieś?), mniej eksploatując te wszystkie dubowo-house'owo-Berlińskie inspiracje. Trudno, widocznie tak czują. A, i ambientowy cover Sinatry niepotrzebny. Trudno.

Zatem jeżeli same pretensje, to skąd magia So This? Cóż, w tych snujących się nieśpiesznie, przeważnie leniwych klawiszowo-wokalnych pasażach kryje się ciepło, jakiego ciężko uświadczyć teraz gdzie indziej. Zwykle jest to ciepło głosu Greenspana, ale są też sztuczki formalne i kompozycyjne powodujące ciarki. Otwierający całość "Double Shadow" stosuje w perfekcyjnym wykonaniu jeden z najstarszych, choć najpiękniejszych tricków sonwgriterskich. Rozpoczyna od statycznego motywu z powielanym wciąż, urywanym hookiem wokalnym. Wtem keyboardowe tła wylewają się po bokach, dostojnie i skromnie zarazem, antycypując nowy podkład akordowy. Bas dopełnia metamorfozy, by później zmienić jeszcze swe zejście. Operacja ta nosi znamiona pedanterii technicznej, ale tchnie również szczerą tęsknotą. Zakładając że istnieją jeszcze bezpretensjonalne, naturalne w ekspresji bandy, musimy wziąć Junior Boys pod uwagę. I to w sumie tyle, dobranoc, cześć i czołem, jak mawia zmęczony Zagroba. No bo co, mam się wywnętrzać, że sam image Greenspana, to schludne wyciszenie w ubiorze i spojrzeniu, wyraża mnie czasem lepiej niż ja sam i konstytuuje wręcz moje postrzeganie wydarzeń dookoła? Skąd ten proces identyfikacji, no skąd. Czy dlatego że o Junior Boys rodzimi trendy-żurnaliści nie pierdolą mi nad uchem jak o Devendrze? Może. (Wow, mam nadzieję że nie zaczną z powodu So This.) Albo lepiej, powinienem napomknąć jak bym se poszedł zobaczyć ich na żywo, a przecież ja nie lubię chodzić na koncerty. Żadna wróżka mi biletów nie podaruje, a szkoda.

Paul Nowotarski (27-08-2006 14:04)
ok przyznaje się dałem dupy So This Is Goodbye is da shit
Paul Nowotarski (27-08-2006 17:58)
nie wiem czy coś ją w tym roku przebije
Paul Nowotarski (27-08-2006 17:58)
w sensie nie zanosi się

Borys Dejnarowicz    
24 sierpnia 2006
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie