RECENZJE

Junior Boys
Last Exit

2004, Kin 8.5

Materiał wypełniający Last Exit Junior Boys skomponowali w większości jeszcze w oryginalnym składzie. Przypominam, że po mozolnych, a nieudanych próbach odszukania zainteresowanej kontraktem wytwórni, Jeremy'ego Greenspana opuścił nieskory do dalszej zabawy w muzyka Johnny Dark. Szczęśliwie determinacja pierwszego nie poszła na marne, bo pod koniec 2002 roku karta się odwróciła i znaleźli się mężowie opatrznościowi w postaci wytwórni Kin i życzliwego realizatora Matta Didemusa. Zabrawszy się za szlifowanie prawie gotowych kompozycji powstali z popiołów Kanadyjczycy na dzień dobry przedstawili się światu świetną Birthday EP, a następnie umilili czas oczekiwania na długogrający debiut kolejną czwórką High Come Down (gdzie między innymi gościnnie poremixował sobie przy "Birthday" ziomuś Dan Snaith z Manitoby), aby w tym roku porazić cierpliwych efektem współpracy.

To, co powala odbiorcę na wstępie, to bogactwo i wielowarstwowość muzyki duetu. Pierwszy w kolejce "More Than Real" proponuje ambientowe tło pulsujące ze zmiennym natężeniem, zimny, wyrazisty, "kraftwerkowy" bit, zapętlony i zaskakujący wielokrotnie zmieniającymi się loopami, plus hipnotyczny, nadludzko czysty głos Greenspana, wznoszącego się na wyżyny także jako tekściarz. "Bellona" mknie na funkujących klikach, zapraszając znienacka na parkiet, gdzie zatopieni w "jelinkowym" transie bezskutecznie próbujemy połapać się w sekwencji panoszących się tu i ówdzie klawych melodyjek wygranych na rozmaitych pogłosach, plumknięciach etc. W "High Come Down" następuje zwolnienie: bit ponownie wymyka się z oczywistego schematu, a (pozostając w konwencji opisu) staje się "timbalandowy". Totalną chemię proponuje natomiast niebywale nastrojowy "Last Exit", gdzie ponownie z połączenia ambientowego transu i skocznego beatu wykreowane zostało "coś więcej" niż utwór.

A to dopiero połowa. W centralnym punkcie wydawnictwa znajduje się "Birthday", z harmoniami na poziomie lat sześćdziesiątych, łączący popową lekkość z walorami ambitnej elektroniki. "Under The Sun" korzysta z floydowskiej tanecznej psychodelii (konkretnie słychać echa "Another Brick In The Wall, Part 2"), a mistyczny "Three Words" uszczknął fragment gwiezdnej melodii z "I Don't Want The Night To End", rzewnego, Mandalayowego diamentu wieńczącego Solace. Krążek zamykają nastrojowe "Teach Me How To Fight" z błagalnie wykrzykiwaną frazą tytułową w refrenie oraz "When I'm Not Around" z jazzującymi partiami saksofonu i klarnetu basowego, wygranymi przez Davida Levy. Oba wybitnie refleksyjne, oba posiadające drugie dno, duszę.

I to jest cecha Junior Boys, która obok (podkreślam) fenomenalnego songwritingu imponuje mi najbardziej. Otóż pod cudnymi teksturami dźwięku wypolerowanymi na zimny połysk i perfekcyjnie rozłożonymi w przestrzeni wnikliwi i wrażliwi słuchacze odnajdą coś na kształt "przekazu podprogowego", stricte osobistego wyznania. I twierdzę, że podobnie jak Thom Yorke Greenspan zna chwyty sięgające wprost do naszego serca, co zasadniczo kończy dyskusje o muzyce, rozpoczynając rozważania o metafizycznym aspekcie, nadprzyrodzonym geniuszu tego artysty. A te z pewnością mnie przerastają.

Jacek Kinowski    
9 października 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja